Jedną z najczęściej powtarzanych zasad polskiej polityki jest przekonanie, że wewnętrzne spory powinny pozostawać w kraju. Można ostro krytykować przeciwników, można prowadzić brutalne kampanie wyborcze, można toczyć niekończące się parlamentarne wojny. Jest jednak pewna granica, której odpowiedzialni politycy nie powinni przekraczać. Tą granicą jest występowanie za granicą przeciwko własnemu państwu.
Właśnie dlatego trudno odmówić racji Cezaremu Tomczykowi, który skomentował ostatnie wypowiedzi Karola Nawrockiego w Stanach Zjednoczonych. W rozmowie z Radiem Zet polityk Koalicji Obywatelskiej przypomniał zasadę, którą przez lata wyjątkowo chętnie głosili sami politycy PiS. „Jest pewna zasada, o której słyszałem wielokrotnie od polityków PiS, żeby nie pluć na własny kraj za granicą” – zauważył.
I rzeczywiście, trudno nie dostrzec pewnej ironii losu. Przez lata przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości oskarżali swoich przeciwników o rzekome szkodzenie Polsce na arenie międzynarodowej. Wystarczyło jedno krytyczne wystąpienie w Parlamencie Europejskim czy wywiad dla zagranicznych mediów, aby pojawiały się oskarżenia o donoszenie na własny kraj. Dziś jednak podobne standardy najwyraźniej przestały obowiązywać.
Karol Nawrocki podczas pobytu w USA postanowił bowiem wykorzystać okazję do kolejnego ataku na rząd Donalda Tuska. Zapytany o możliwość współpracy z premierem oraz ministrem spraw zagranicznych odpowiedział, że polityka prowadzona przez Radosława Sikorskiego „raczej przeszkadza niż pomaga”. Dodał również, że jest ona „wypadkową głównie premiera Donalda Tuska”.
To nie była merytoryczna analiza polityki zagranicznej. To nie była rzeczowa polemika dotycząca konkretnych decyzji dyplomatycznych. To była zwyczajna polityczna szpila wymierzona w krajowych przeciwników podczas zagranicznej wizyty.
Oczywiście każdy prezydent ma prawo do własnej oceny działań rządu. Demokracja właśnie na tym polega. Problem pojawia się wtedy, gdy głowa państwa zaczyna przedstawiać własny rząd jako przeszkodę dla interesów kraju podczas rozmów prowadzonych poza granicami Polski.
Nieprzypadkowo słowa Tomczyka wywołały tak duże emocje. Dotknęły bowiem pewnej niewygodnej prawdy. Nawrocki od wielu miesięcy buduje narrację, według której jedynie on rozumie znaczenie relacji ze Stanami Zjednoczonymi, a działania rządu są źródłem problemów. W tej opowieści sukcesy należą do prezydenta, a niepowodzenia do Tuska i Sikorskiego.
Taka postawa jest nie tylko politycznie wygodna, ale również głęboko nieodpowiedzialna. Relacje polsko-amerykańskie są bowiem wynikiem pracy wielu instytucji państwowych. Tworzą je dyplomaci, wojskowi, urzędnicy, ministrowie, premier i prezydent. Żaden z tych elementów nie działa w próżni.
Warto zwrócić uwagę na reakcję Bogdana Rymanowskiego, który odpowiedział Tomczykowi: „Prezydent pluje? Może po prostu mówi prawdę”. To celna dziennikarska riposta, ale nie rozwiązuje zasadniczego problemu. Nawet jeśli ktoś uważa, że rząd popełnia błędy, pozostaje pytanie, czy amerykańska ziemia jest najlepszym miejscem do prowadzenia krajowej kampanii politycznej.
Polityka zagraniczna wymaga odpowiedzialności i umiaru. Wymaga również świadomości, że za granicą reprezentuje się nie własne środowisko polityczne, lecz całe państwo. Tymczasem Nawrocki coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który nie potrafi odróżnić tych dwóch ról.
Najbardziej niepokojące jest jednak co innego. Wypowiedzi prezydenta sugerują, że dla niego ważniejsze od budowania wspólnego stanowiska Polski jest podkreślanie własnej odrębności wobec rządu. Taka strategia może przynosić polityczne korzyści w kraju, ale na arenie międzynarodowej osłabia wiarygodność państwa.
Dlatego Cezary Tomczyk miał rację, przypominając zasadę, którą jeszcze niedawno politycy PiS sami przedstawiali jako fundament patriotyzmu. Jeśli naprawdę wierzymy, że nie należy szkodzić Polsce za granicą, to zasada ta powinna obowiązywać wszystkich – również prezydenta.
Patriotyzm nie polega na nieustannym przekonywaniu świata, że polityczni przeciwnicy są problemem. Patriotyzm polega na tym, by za granicą mówić przede wszystkim o interesach własnego kraju. I właśnie o tym Karol Nawrocki zdaje się coraz częściej zapominać.










