Są politycy, którzy po utracie władzy potrafią spojrzeć krytycznie na własne błędy. Są też tacy, którzy nawet w obliczu śledztw, przesłuchań i poważnych zarzutów zachowują się tak, jakby nadal żyli w czasach pełnej politycznej nietykalności. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należą Jacek Kurski i Zbigniew Ziobro – duet, który przez lata stał się symbolem najbardziej bezwzględnego oblicza rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Poniedziałkowe przesłuchanie Jacka Kurskiego w Prokuraturze Krajowej miało wyjaśnić medialne doniesienia dotyczące możliwego pobytu Zbigniewa Ziobry w Stanach Zjednoczonych. Były prezes TVP stanowczo zaprzeczył tym informacjom. Jak stwierdził: „Zbigniew Ziobro nigdy nie mieszkał ani nie mieszka w naszym domku szeregowym, który posiadamy z moją żoną Joanną pod Waszyngtonem”.
Sam fakt przesłuchania nie przesądza oczywiście o niczyjej winie. W demokratycznym państwie prawa każdy ma prawo do obrony, a organy ścigania mają obowiązek sprawdzać pojawiające się informacje. Jednak polityczny kontekst tej sprawy jest znacznie szerszy niż sam wątek amerykańskiego domku pod Waszyngtonem.
Przez osiem lat rządów PiS zarówno Kurski, jak i Ziobro funkcjonowali w świecie, w którym odpowiedzialność była pojęciem niemal abstrakcyjnym. Kurski kierował Telewizją Polską, która z publicznego nadawcy przekształciła się w bezprecedensową machinę propagandową. Nigdy wcześniej po 1989 roku media publiczne nie były tak jednostronne, agresywne i podporządkowane interesowi jednej partii politycznej.
To właśnie za czasów Kurskiego miliony złotych z publicznych pieniędzy przeznaczano na budowę przekazu mającego wspierać władzę i atakować jej przeciwników. Dziś były prezes TVP próbuje występować w roli zwykłego świadka, który jedynie odpowiada na pytania prokuratury. Trudno jednak zapomnieć, że przez lata był jednym z najważniejszych architektów politycznego systemu stworzonego przez PiS.
Jeszcze większą odpowiedzialność ponosi Zbigniew Ziobro. Były minister sprawiedliwości przez lata przedstawiał się jako nieugięty szeryf walczący z przestępczością i korupcją. W rzeczywistości pozostawił po sobie ministerstwo pogrążone w skandalach, konfliktach i oskarżeniach o polityczne wykorzystywanie instytucji państwa.
Nieprzypadkowo to właśnie wokół Ziobry koncentruje się dziś tak wiele postępowań i śledztw dotyczących funkcjonowania państwa w okresie rządów Zjednoczonej Prawicy. Symbolem tej epoki stał się Fundusz Sprawiedliwości – projekt, który miał pomagać ofiarom przestępstw, a według licznych ustaleń stał się narzędziem politycznej dystrybucji publicznych pieniędzy.
Szczególnie uderzające jest jednak coś innego. Zarówno Kurski, jak i Ziobro wciąż sprawiają wrażenie ludzi przekonanych, że wszelkie działania wymiaru sprawiedliwości wobec nich są wyłącznie polityczną zemstą. Nie dopuszczają do siebie myśli, że po prostu nadszedł czas rozliczeń.
Tymczasem rozliczenia są niezbędnym elementem demokracji. Jeśli politycy przez lata zarządzali miliardami złotych publicznych pieniędzy, jeśli podejmowali decyzje wpływające na funkcjonowanie państwa, muszą być gotowi odpowiadać na pytania. Nawet jeśli są one niewygodne.
Kurski mówił po przesłuchaniu, że byłby „zaszczycony”, mogąc gościć Ziobrę z rodziną. To zdanie brzmi niemal symbolicznie. Łączy bowiem dwóch polityków, którzy przez lata wspólnie współtworzyli system oparty na przekonaniu, że lojalność wobec własnego obozu jest ważniejsza niż przejrzystość życia publicznego.
Dziś ten świat się kończy. Prokuratura nie przesądza jeszcze o niczyjej winie, ale sam fakt prowadzenia postępowań pokazuje, że era politycznej nietykalności dobiega końca. I właśnie dlatego tak nerwowe reakcje dawnych prominentów PiS nie powinny nikogo dziwić.
Największym problemem Kurskiego i Ziobry nie jest bowiem to, że muszą odpowiadać na pytania śledczych. Największym problemem jest to, że po raz pierwszy od wielu lat nie mają już pełnej kontroli nad instytucjami państwa. A wtedy okazuje się, że zasady, które przez lata stosowali wobec innych, zaczynają obowiązywać również ich samych.










