Wygląda na to, że Karol Nawrocki znalazł sobie nowy front politycznej wojny. Tym razem stawką nie są jednak personalne spory, medialne przepychanki czy partyjne ambicje. Tym razem chodzi o bezpieczeństwo Polski.
17 czerwca Polska i Niemcy mają podpisać nowe porozumienie obronne regulujące współpracę w zakresie mobilności wojskowej, logistyki, bezpieczeństwa na Morzu Bałtyckim, cyberbezpieczeństwa czy nawet działań w przestrzeni kosmicznej. W czasach, gdy za naszą wschodnią granicą trwa wojna, a Europa przechodzi największą przebudowę systemu bezpieczeństwa od zakończenia zimnej wojny, takie porozumienia mają znaczenie fundamentalne.
Mimo to dyskusję wokół umowy coraz częściej przesłania polityczny konflikt. Nie przypadkiem szef MSZ Radosław Sikorski stwierdził wprost: „Bo wszyscy znamy obsesję PiS-u i pana prezydenta w sprawach niemieckich, więc oczywiście by zawetował”. To zdanie wywołało oburzenie wśród polityków prawicy, ale trudno nie dostrzec, że dotyka ono istoty problemu.
Od lat bowiem PiS buduje swoją polityczną tożsamość na nieufności wobec Niemiec. Każda inicjatywa współpracy jest przedstawiana jako zagrożenie dla polskiej suwerenności, każda próba zacieśnienia relacji jako dowód rzekomego podporządkowania Warszawy Berlinowi. Taka retoryka może przynosić korzyści w kampanii wyborczej, ale staje się niebezpieczna, gdy zaczyna wpływać na realne decyzje dotyczące bezpieczeństwa państwa.
Nowe porozumienie nie jest przecież ideologicznym manifestem. To praktyczny dokument dotyczący współpracy wojskowej między dwoma państwami NATO. Obejmuje kwestie infrastruktury, logistyki, przemieszczania wojsk i nowych technologii. Innymi słowy – sprawy, które mogą mieć znaczenie w przypadku realnego kryzysu militarnego.
Tymczasem Karol Nawrocki już przy okazji wcześniejszych umów międzynarodowych sygnalizował pretensje wobec rządu dotyczące procedur i zakresu informacji przekazywanych Pałacowi Prezydenckiemu. „Biuro Bezpieczeństwa Narodowego nie przeprowadziło analiz, więc tutaj pan premier Kosiniak-Kamysz się wygłupił. Rząd nie wykonał pewnej pracy” – mówił prezydent przy okazji dyskusji dotyczącej porozumienia z Wielką Brytanią.
Problem polega na tym, że coraz częściej trudno odróżnić troskę o procedury od zwykłej politycznej wojny. Nawrocki sprawia wrażenie polityka, który nie szuka rozwiązań, lecz kolejnych powodów do konfliktu z rządem. Każda inicjatywa staje się okazją do demonstracji niezależności, nawet jeśli odbywa się to kosztem spraw znacznie ważniejszych niż bieżąca rywalizacja między Pałacem Prezydenckim a Radą Ministrów.
Szczególnie niepokojące jest to, że dzieje się to w czasie, gdy Polska potrzebuje maksymalnej jedności w kwestiach bezpieczeństwa. Rosja nie zawiesza swoich działań tylko dlatego, że polscy politycy prowadzą kolejne spory kompetencyjne. Kreml nie analizuje konstytucyjnych sporów między rządem a prezydentem. Rosję interesuje wyłącznie to, czy państwa Zachodu są zdolne do współpracy i skutecznego odstraszania.
Dlatego trudno nie zgodzić się z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, który mówił, że „szlag go trafia”, gdy niektóre środowiska polityczne traktują własne kompetencje jako najważniejszy problem państwa. W obecnej sytuacji geopolitycznej Polska potrzebuje sprawnych mechanizmów współpracy z sojusznikami, a nie kolejnych sporów o prestiż i polityczne wpływy.
Co szczególnie znamienne, nawet według informacji pojawiających się w Berlinie niemiecka strona była gotowa podpisać szersze porozumienie, wzorowane na umowach zawartych wcześniej z Francją i Wielką Brytanią. Debata o tym, czy Polska powinna była się na taki krok zdecydować, jest oczywiście uzasadniona. Niepokoi jednak coś innego: fakt, że zamiast merytorycznej rozmowy o korzyściach i ryzykach znów obserwujemy polityczny teatr.
Karol Nawrocki coraz częściej wygląda na polityka, który buduje barykady. A jeśli kolejnym paliwem dla konfliktu ma stać się polityka bezpieczeństwa, to cena takiej strategii może okazać się znacznie wyższa niż kilka punktów poparcia w sondażach. Bo bezpieczeństwo państwa nie powinno być zakładnikiem politycznych obsesji ani osobistych ambicji.










