Karol Nawrocki i jego współpracownicy wrócili z wizyty w Stanach Zjednoczonych w triumfalnych nastrojach. Problem polega na tym, że im więcej słyszymy o rzekomym sukcesie, tym mniej widzimy dowodów, które miałyby ten sukces potwierdzać. Zamiast konkretów dostaliśmy serię komunikatów, politycznych uszczypliwości i coraz bardziej nerwowe próby przekonania opinii publicznej, że wydarzyło się coś przełomowego.
Najbardziej uderzające jest to, że cała narracja Pałacu Prezydenckiego opiera się właściwie na słowach samego Karola Nawrockiego i jego najbliższego otoczenia. Jak wynika z relacji współpracowników prezydenta, podczas bankietu poprzedzającego galę UFC miało dojść do dłuższej rozmowy z Donaldem Trumpem. Miano rozmawiać o obecności wojsk amerykańskich w Polsce i współpracy gospodarczej. Według relacji Pałacu Trump miał nawet potwierdzić chęć wzmocnienia obecności marines nad Wisłą.
Jest jednak pewien problem.
„Feler jest jednak taki, że z rzeczonego bankietu nie ma póki co żadnych zdjęć ani nagrania”. W epoce, w której fotografowane jest dosłownie wszystko, a każde spotkanie polityczne pozostawia po sobie dziesiątki materiałów medialnych, mamy uwierzyć wyłącznie na słowo uczestników. To sytuacja co najmniej osobliwa.
Nie chodzi o to, by kwestionować sam fakt rozmowy. Możliwe, że rzeczywiście się odbyła. Chodzi o coś znacznie ważniejszego. Jeśli prezydent Polski prowadzi rozmowy dotyczące bezpieczeństwa państwa, opinia publiczna ma prawo oczekiwać jasnej i wiarygodnej informacji o ich przebiegu. Tymczasem zamiast konkretów dostajemy kolejne deklaracje o sukcesie.
Jeszcze bardziej zastanawiające jest to, że na bankiecie Polskę reprezentowali wyłącznie Karol Nawrocki i były mistrz UFC Jan Błachowicz. Nie było ministrów, doradców ani urzędników odpowiedzialnych za politykę zagraniczną. W praktyce oznacza to, że jedynym źródłem wiedzy o przebiegu rozmowy pozostaje sam prezydent.
To sytuacja daleka od standardów poważnej dyplomacji.
Jeżeli rzeczywiście rozmawiano o przyszłości amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce, to trudno zrozumieć, dlaczego nie zadbano o odpowiednią dokumentację polityczną i dyplomatyczną całego wydarzenia. Bez niej pozostajemy w sferze opowieści i interpretacji.
Niestety równie słabo jak sama organizacja wizyty wyglądała komunikacja otoczenia prezydenta. Marcin Przydacz poinformował o rozmowie dopiero następnego dnia. Zapytany o przyczyny opóźnienia odpowiedział: „Jeśli będzie potrzeba, my będziemy zawsze na bieżąco informować o tym, co się dzieje”.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie taka potrzeba istniała od samego początku.
Zamiast przejrzystej komunikacji obserwowaliśmy jednak coś zupełnie innego. Ludzie Nawrockiego weszli w otwarty konflikt zarówno z częścią dziennikarzy, jak i politykami rządowymi. Przydacz, odnosząc się do komentarzy Radosława Sikorskiego, stwierdził: „To wyraz jakiejś frustracji po stronie pana ministra Sikorskiego. Rozumiem, że ma jakiś ból wewnętrzny w sobie, już nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły anatomiczne”.
Takie wypowiedzi mogą dobrze wyglądać w mediach społecznościowych. Nie mają jednak wiele wspólnego z powagą urzędu prezydenckiego.
Zamiast odpowiadać na pytania o efekty wizyty, otoczenie prezydenta zaczęło atakować krytyków. Szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker triumfalnie pisał, że reakcje komentatorów „mówią więcej o komentujących niż o samym wydarzeniu”. To wygodna strategia. Problem w tym, że nie zastępuje odpowiedzi na podstawowe pytania.
Jakie konkretnie ustalenia zapadły? Jakie zobowiązania podjęła strona amerykańska? Czy rozmowa dotyczyła stałej obecności wojsk USA w Polsce? Jakie są dalsze kroki?
Na te pytania nadal nie znamy odpowiedzi.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Zamiast potraktować wizytę jako okazję do budowania ponadpartyjnego konsensusu wokół bezpieczeństwa państwa, ludzie Nawrockiego postanowili wykorzystać ją jako element wewnętrznej wojny politycznej. Pojawiły się sugestie o „zadaniowaniu” ministra obrony, próby przypisywania sobie wyłącznych zasług za ewentualne sukcesy oraz demonstracyjne lekceważenie rządu.
Tymczasem bezpieczeństwo Polski nie jest własnością ani Pałacu Prezydenckiego, ani rządu. Wymaga współpracy wszystkich instytucji państwa. Jeśli po wizycie w Waszyngtonie najbardziej zapamiętamy polityczne przepychanki, brak przejrzystości i triumfalizm otoczenia prezydenta, będzie to oznaczało, że zmarnowano szansę na coś znacznie ważniejszego niż kolejna medialna bitwa.
Bo dyplomacja nie polega na ogłaszaniu sukcesów. Dyplomacja polega na ich udowadnianiu.










