Mateusz Morawiecki przez lata przyzwyczaił Polaków do długich konferencji prasowych, podczas których potrafił godzinami opowiadać o sukcesach swoich rządów. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy zamiast wygłaszać przemówienia musi odpowiedzieć na konkretne, niewygodne pytania. Wówczas dawny premier zdaje się tracić całą swoją retoryczną pewność siebie.
Tak było podczas ostatniej wymiany zdań z dziennikarką TVP Justyną Dobrosz-Oracz. Tematem była jedna z najgłośniejszych afer ostatnich lat, czyli sprawa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Pytania nie dotyczyły plotek ani politycznych spekulacji. Dotyczyły ustaleń śledczych, raportów i publicznie dostępnych informacji.
Dziennikarka rozpoczęła od prostego pytania: czy Mateusz Morawiecki otrzymał wezwanie do prokuratury w sprawie RARS? Były premier odpowiedział krótko: „Nie”. Mogłoby się wydawać, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozmowa przebiegła spokojnie i rzeczowo.
Sytuacja zmieniła się jednak, gdy Justyna Dobrosz-Oracz przypomniała informacje wynikające z raportu Najwyższej Izby Kontroli oraz ustalenia śledztwa. „Z raportu NIK wynika nawet, że szerokim strumieniem płynęły pieniądze z RARS-u do ekipy powiązanej, zaprzyjaźnionej z pana ekipą. Czy pan wiedział o tym? O spotkaniach Pawła Sz. w Kancelarii Premiera?” – zapytała.
I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy problem Mateusza Morawieckiego. Zamiast odpowiedzieć wprost, były premier postanowił zaatakować osobę zadającą pytania. „Pani redaktor, ja doceniam zdolność pani do tworzenia insynuacji w każdym pytaniu” – stwierdził.
To bardzo charakterystyczna metoda obrony stosowana przez wielu polityków. Kiedy brakuje argumentów, najłatwiej zakwestionować intencje rozmówcy. Kiedy nie chce się odpowiadać na pytania, można ogłosić, że pytania są nieuczciwe. Problem polega na tym, że taka strategia nie rozwiązuje żadnego problemu. Wręcz przeciwnie – rodzi kolejne wątpliwości.
Reakcja dziennikarki była natychmiastowa. „To nie są insynuacje, tylko to są fakty. Paweł Sz. zeznaje, mówią o tym publicznie prokuratorzy” – odpowiedziała.
I trudno nie zauważyć, że właśnie w tym momencie padło najważniejsze zdanie całej wymiany. Faktycznie bowiem nie mieliśmy do czynienia z pytaniami opartymi na plotkach czy domysłach. Dziennikarka odwoływała się do informacji funkcjonujących w przestrzeni publicznej. Miała pełne prawo pytać o wiedzę premiera na temat działań osób związanych ze sprawą RARS.
Co więcej, Dobrosz-Oracz zwróciła uwagę na coś, co wielu obserwatorów życia publicznego zauważa od dawna. „Za każdym razem, jak próbuję pana o coś zapytać, to odsyła mnie pan na konferencję. Przychodzę na konferencję, to też jest źle” – powiedziała.
To zdanie trafia w samo sedno problemu współczesnej polityki. Coraz częściej politycy organizują konferencje prasowe nie po to, by odpowiadać na pytania, ale po to, by wygłaszać własne komunikaty. Dziennikarze mają słuchać, notować i nie przeszkadzać. Gdy jednak pojawiają się pytania naprawdę istotne, atmosfera natychmiast staje się nerwowa.
Sprawa RARS nie jest przecież błahostką. Chodzi o instytucję dysponującą ogromnymi środkami publicznymi. Chodzi o podejrzenia dotyczące wydatkowania pieniędzy podatników. Chodzi o osoby, które według medialnych doniesień miały utrzymywać kontakty z najważniejszymi politykami obozu władzy.
W takiej sytuacji były premier powinien być pierwszą osobą zainteresowaną wyjaśnieniem wszystkich okoliczności. Powinien odpowiadać spokojnie, rzeczowo i szczegółowo. Powinien rozwiewać wątpliwości, a nie tworzyć nowe.
Tymczasem Mateusz Morawiecki po raz kolejny sprawił wrażenie polityka, który uważa, że najlepszą odpowiedzią na niewygodne pytania jest atak na pytającego. To strategia krótkowzroczna. Można nią wygrać pojedynczą konferencję prasową, ale trudno w ten sposób odbudować wiarygodność.
Bo w demokracji nie wystarczy powiedzieć, że pytania są insynuacją. Trzeba jeszcze udowodnić, że odpowiedzi nie są potrzebne.










