Prawo i Sprawiedliwość przez lata budowało swój polityczny sukces na wizerunku monolitu. Partii zdyscyplinowanej, zwartej i skutecznej. Partii, w której wszyscy wiedzą, kto podejmuje decyzje i komu należy się podporządkować. Dziś ten obraz coraz bardziej się rozpada. W miejsce jednolitego obozu pojawia się coś, co przypomina raczej walkę konkurujących ze sobą dworów. A im słabsza staje się pozycja Jarosława Kaczyńskiego, tym bardziej widoczna jest brutalna rywalizacja o przyszłe przywództwo.
Najbardziej wyrazistymi symbolami tej wojny stali się Mateusz Morawiecki i Przemysław Czarnek. Obaj próbują przedstawiać się jako naturalni następcy prezesa. Obaj budują własne zaplecza. Obaj starają się przekonać działaczy, że właśnie oni są przyszłością prawicy. Problem polega na tym, że walcząc między sobą, coraz częściej pokazują wyborcom coś, czego PiS chciał uniknąć za wszelką cenę – własną słabość.
Morawiecki przez lata był przedstawiany jako technokrata, człowiek nowoczesności, polityk zdolny wyjść poza twardy elektorat PiS. Po utracie władzy ten wizerunek zaczął się jednak kruszyć. Były premier zamiast proponować nową wizję państwa coraz częściej zajmuje się tłumaczeniem decyzji własnego rządu. Afera RARS, pytania o wydatkowanie publicznych pieniędzy czy kolejne śledztwa dotyczące ludzi związanych z poprzednią ekipą sprawiają, że Morawiecki częściej patrzy za siebie niż do przodu.
Czarnek reprezentuje zupełnie inny model polityki. Nie próbuje być technokratą. Nie buduje wizerunku umiarkowanego konserwatysty. Wręcz przeciwnie. Jego polityczny kapitał opiera się na konflikcie, ostrym języku i nieustannym mobilizowaniu najbardziej radykalnej części elektoratu. Problem polega na tym, że taka strategia może dobrze działać podczas wieców partyjnych, ale znacznie gorzej sprawdza się jako recepta na zdobycie większości społecznej.
W efekcie PiS znalazł się w pułapce własnych ambicji. Morawiecki i Czarnek nie konkurują o nowych wyborców. Oni konkurują głównie o wpływy wewnątrz partii. To dlatego coraz częściej można odnieść wrażenie, że ważniejsze od pokonania politycznych przeciwników jest pokonanie partyjnego kolegi.
Nad tym wszystkim unosi się postać Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie tutaj tkwi najgłębszy problem całego ugrupowania. Prezes przez lata skutecznie tłumił wszelkie próby budowy alternatywnych ośrodków władzy. Żaden potencjalny następca nie mógł urosnąć zbyt wysoko. Żaden nie mógł zdobyć zbyt dużej samodzielności. Efekt był przewidywalny: po dekadach takiego zarządzania partia nie wykształciła naturalnego mechanizmu sukcesji.
Dziś PiS płaci za to wysoką cenę.
Zamiast spokojnej zmiany pokoleniowej obserwujemy nerwową walkę o schedę. Zamiast dyskusji programowej widzimy festiwal wzajemnych uszczypliwości i przecieków. Zamiast odpowiedzi na wyzwania przyszłości dostajemy kolejne odcinki serialu pod tytułem „kto będzie następcą Kaczyńskiego”.
Najbardziej uderzające jest jednak to, jak bardzo ta sytuacja obnaża prawdziwą naturę współczesnego PiS. Przez lata partia przedstawiała się jako obóz ideowy, wspólnota wartości i ludzi połączonych wspólnym celem. Dziś coraz częściej wygląda jak organizacja skupiona wokół walki o stanowiska, wpływy i kontrolę nad partyjnym aparatem.
Nie oznacza to, że wszystkie partie polityczne są wolne od podobnych sporów. Każde duże ugrupowanie zmaga się z rywalizacją wewnętrzną. Różnica polega jednak na tym, że w przypadku PiS konflikt ten staje się coraz bardziej publiczny i coraz mniej kontrolowany.
Paradoksalnie największą odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi właśnie Jarosław Kaczyński. To on stworzył system oparty na jednym niekwestionowanym liderze. To on przez lata nie dopuścił do wyłonienia naturalnego następcy. To on sprawił, że dziś każda ambitniejsza postać w partii musi prowadzić polityczną wojnę o pozycję.
Morawiecki, Czarnek i ich zwolennicy są tylko objawem głębszego kryzysu. Kryzysu partii, która przez lata potrafiła zdobywać władzę, ale nie nauczyła się odpowiadać na najprostsze pytanie: co stanie się po odejściu jej założyciela?
Coraz więcej wskazuje na to, że odpowiedź brzmi: chaos, wzajemne pretensje i bezwzględna walka o wpływy. A dla wyborców jest to widok znacznie mniej imponujący niż legendarny monolit, którym PiS tak długo lubił się chwalić.










