Niektóre słowa w polityce starzeją się wyjątkowo źle. Szczególnie wtedy, gdy wypowiada je człowiek zajmujący najwyższy urząd w państwie. Andrzej Duda przez dziesięć lat swojej prezydentury wielokrotnie deklarował, że chce być prezydentem wszystkich Polaków. Problem polega na tym, że wielu obywateli nigdy nie miało powodów, by w te deklaracje uwierzyć.
Powrót do słynnej wypowiedzi z kampanii prezydenckiej 2020 roku pokazuje, dlaczego. To właśnie wtedy Andrzej Duda powiedział: „Próbuje nam się wmówić, że LGBT to ludzie, a to jest ideologia”. Słowa te wywołały ogromne kontrowersje nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Dla części opinii publicznej stały się symbolem kampanii wyborczej opartej na dzieleniu społeczeństwa i wskazywaniu grup, które miały pełnić rolę politycznego straszaka.
Do tej sprawy wrócił niedawno Andrzej Piaseczny w podcaście „WojewódzkiKędzierski”. Artysta, który kilka lat temu dokonał coming outu, nie ukrywał swojego stosunku do byłego prezydenta. Gdy Kuba Wojewódzki przypomniał słowa Dudy i zaczął zdanie: „Świat zobaczył po tej deklaracji prezydenta Dudy, że mamy prezydenta…”, Piaseczny przerwał mu jednym słowem: „Idiotę?”. Chwilę później dziennikarz dopowiedział: „Homofoba, wolę to słowo”.
Można dyskutować o ostrości tego rodzaju ocen. Nie można jednak ignorować powodów, dla których się pojawiają. W demokracji politycy są rozliczani nie tylko z ustaw i decyzji administracyjnych, ale również z języka, którego używają. Zwłaszcza wtedy, gdy zajmują urząd prezydenta.
Andrzej Duda przez lata przedstawiał się jako obrońca tradycyjnych wartości. W praktyce bardzo często oznaczało to wpisywanie się w narrację budowaną przez PiS i część środowisk konserwatywnych, które uczyniły z kwestii LGBT jeden z głównych tematów politycznego sporu. Zamiast łagodzić napięcia, prezydent często je wzmacniał. Zamiast szukać wspólnego języka, wybierał retorykę, która pozwalała mobilizować własny elektorat.
Nieprzypadkowo Piaseczny zwraca uwagę na związki polskiej prawicy z Kościołem. „Nasza prawica jest bardzo mocno związana z Kościołem. Dla Kościoła to jest temat cały czas do przerobienia” – powiedział artysta. Trudno odmówić mu racji, gdy zauważa, że tempo zmian społecznych w Polsce jest często hamowane przez polityczne kalkulacje i ideologiczne uprzedzenia.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Prezydent powinien być symbolem wspólnoty narodowej. Nawet jeśli ma własne poglądy, powinien pamiętać, że reprezentuje wszystkich obywateli – także tych, którzy nie głosowali na niego i nie podzielają jego światopoglądu. Tymczasem słowa wypowiedziane w 2020 roku sprawiły, że wielu Polaków poczuło się wykluczonych przez osobę, która teoretycznie miała być ich reprezentantem.
Obrońcy Andrzeja Dudy często tłumaczą, że mówił o ideologii, a nie o ludziach. Problem polega na tym, że w debacie publicznej granica ta została zatarta już dawno temu. Kiedy polityk mówi o grupie społecznej w sposób sugerujący zagrożenie dla państwa czy rodziny, skutki odczuwają konkretni ludzie. Nie abstrakcyjne idee, lecz obywatele mający swoje rodziny, przyjaciół i codzienne problemy.
Dlatego powrót do tamtych słów nie jest przypadkiem. To nie kwestia pojedynczej niefortunnej wypowiedzi, lecz symbol całej epoki politycznej. Epoki, w której zbyt często budowano poparcie poprzez wskazywanie kolejnych przeciwników i podsycanie społecznych podziałów.
Historia oceni prezydenturę Andrzeja Dudy na wielu płaszczyznach. Jednak niezależnie od ocen dotyczących gospodarki, polityki zagranicznej czy bezpieczeństwa jedno pytanie pozostanie aktualne: czy głowa państwa powinna wykorzystywać część swoich obywateli jako element politycznej kampanii? Dla wielu Polaków odpowiedź jest oczywista. I właśnie dlatego słowa z 2020 roku wracają do byłego prezydenta z taką siłą.










