Politycy PiS od kilku dni przekonują opinię publiczną, że wizyta prezydenta Karola Nawrockiego w Stanach Zjednoczonych była wielkim sukcesem dyplomatycznym. Problem polega na tym, że im więcej słyszymy o tym sukcesie, tym mniej wiemy o jego rzeczywistych efektach. I właśnie dlatego pytania postawione przez posła Tomasza Trelę są nie tylko zasadne, ale wręcz konieczne.
W demokracji nie wystarczy ogłosić sukcesu. Trzeba jeszcze pokazać, na czym ten sukces polegał.
Od początku wokół wizyty Nawrockiego narosło wiele niejasności. Czy był to wyjazd prywatny, związany z udziałem w urodzinowej gali Donalda Trumpa i wydarzeniu UFC? Czy też była to pełnoprawna wizyta państwowa, podczas której realizowano konkretne cele polskiej polityki zagranicznej? To nie jest kwestia semantyki. Od odpowiedzi na to pytanie zależy choćby ocena kosztów przedsięwzięcia, składu delegacji czy zasad wykorzystania państwowych środków.
Trela trafnie zauważył, że jeśli wyjazd miał charakter prywatny, to obywatele mają prawo wiedzieć, „na jakich zasadach skorzystał Pan ze służbowego samolotu i dlaczego kosztami tego wyjazdu zostali obarczeni podatnicy?”. Trudno uznać takie pytanie za atak polityczny. To zwykła kontrola wydatków publicznych, która w demokratycznym państwie jest czymś całkowicie naturalnym.
Jeżeli jednak – jak twierdzą współpracownicy prezydenta – była to oficjalna misja państwowa, pojawiają się kolejne pytania. Znacznie ważniejsze.
Marcin Przydacz jeszcze przed wizytą sugerował, że dojdzie do poważnych rozmów z Donaldem Trumpem. Dopytywany przez media mówił: „będzie oczywiście rozmowa, będzie kontakt”. Oczekiwania były więc wysokie. Skoro mieliśmy do czynienia z oficjalnym spotkaniem dwóch przywódców, obywatele mają prawo wiedzieć, jakie konkretnie sprawy zostały omówione i jakie korzyści odniosła Polska.
Tymczasem z dostępnych relacji medialnych wynika niewiele. Jak zauważył Trela, „zobaczyliśmy jedynie krótkie spotkania Pana i prezydenta USA, uścisk dłoni, widać, że zamieniliście Panowie kilka słów”. Oczywiście nie każde spotkanie dyplomatyczne musi kończyć się podpisaniem traktatu. Jednak jeśli politycy obozu prezydenckiego przedstawiają wydarzenie jako znaczący sukces, powinni być gotowi przedstawić jego rezultaty.
To właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem. Zamiast konkretnych informacji otrzymujemy głównie komunikaty o wyjątkowej randze wydarzenia i symbolicznym znaczeniu obecności prezydenta. Symbolika jest ważna, ale nie zastąpi odpowiedzi na pytania dotyczące bezpieczeństwa Polski, obecności wojsk amerykańskich czy przyszłości współpracy polsko-amerykańskiej.
Niepokoi również sposób, w jaki część środowiska PiS reaguje na pytania o wizytę. Każda próba uzyskania wyjaśnień natychmiast przedstawiana jest jako atak na prezydenta albo przejaw politycznej złośliwości. Tymczasem kontrolowanie działań władzy jest podstawowym obowiązkiem opozycji. Gdyby podobne okoliczności dotyczyły Donalda Tuska czy Radosława Sikorskiego, politycy PiS zadawaliby zapewne identyczne pytania – i mieliby do tego pełne prawo.
Karol Nawrocki objął urząd prezydenta z deklaracją, że będzie prowadził aktywną politykę międzynarodową i skutecznie reprezentował Polskę na arenie światowej. To ambitna zapowiedź. Tym bardziej warto pamiętać, że aktywność międzynarodowa musi iść w parze z przejrzystością.
Nie wystarczy pokazać zdjęcia z Donaldem Trumpem. Nie wystarczy opublikować nagrania ze wspólnego uścisku dłoni. Obywatele mają prawo wiedzieć, co zostało ustalone, jakie interesy Polski były reprezentowane i jakie efekty przyniosły rozmowy.
Dlatego końcowe pytanie Tomasza Treli brzmi wyjątkowo trafnie: „Panie Prezydencie, proszę odpowiedzieć i wyjaśnić Polakom Pana status na urodzinowym evencie Donalda Trumpa”. To nie jest pytanie o prestiż ani polityczne emocje. To pytanie o przejrzystość życia publicznego.
A na takie pytania prezydent demokratycznego państwa powinien odpowiadać bez wahania.










