Przemysław Czarnek od dawna sprawia wrażenie polityka, który gotów jest powiedzieć niemal wszystko, jeśli tylko zapewni mu to kilka godzin obecności w mediach. Nie ma znaczenia, czy chodzi o edukację, Unię Europejską, Niemcy, migrantów czy politykę zagraniczną. Liczy się przede wszystkim jedno: wywołać emocje, wzbudzić oburzenie i przyciągnąć uwagę.
Jego ostatnie wypowiedzi dotyczące wydarzeń w Berlinie są podręcznikowym przykładem takiego stylu uprawiania polityki.
Sprawa interwencji niemieckiej policji wobec grupy Polaków bez wątpienia wymaga wyjaśnienia. Jeżeli funkcjonariusze przekroczyli swoje uprawnienia, należy to zbadać i wyciągnąć konsekwencje. Tyle że odpowiedzialny polityk najpierw stara się ustalić fakty, a dopiero później formułuje oskarżenia.
Czarnek wybrał odwrotną drogę.
„Żadne. Widzieliśmy te obrazki” – stwierdził, pytany o to, jakie zagrożenie mogli stanowić uczestnicy zgromadzenia dla niemieckiej policji. Następnie ogłosił, że „nie było żadnej przyczyny” do interwencji.
Skąd ta pewność? Czy kandydat PiS na premiera zna dokumentację zdarzenia? Czy rozmawiał z niemieckimi służbami? Czy posiada pełną wiedzę na temat przebiegu wydarzeń?
Oczywiście nie.
Ale wiedza nie jest tu najważniejsza. Najważniejsze jest polityczne przedstawienie siebie jako obrońcy narodu i jedynego człowieka, który odważy się powiedzieć to, czego rzekomo inni boją się powiedzieć.
Jeszcze bardziej kuriozalnie brzmią słowa o „rasizmie przeciwko białym”, który ma rzekomo „postępować w Europie Zachodniej”. To hasło żywcem wyjęte z arsenału skrajnej prawicy. Nie pojawia się w poważnych analizach politycznych, nie opisuje rzeczywistych problemów społecznych, ale świetnie nadaje się do wywoływania emocji.
Według Czarnka niemiecka policja nie reaguje, gdy „gwałcone są kobiety”, ponieważ sprawcami mają być migranci, ale natychmiast reaguje wobec „polskich patriotów”. To niezwykle daleko idące uproszczenie rzeczywistości, które ma jeden cel: wzbudzić poczucie zagrożenia i gniewu.
Nie ma znaczenia, że świat jest bardziej skomplikowany. Nie ma znaczenia, że polityka wymaga odpowiedzialności. Ważne, by przekaz był głośny.
Jeszcze dalej Czarnek poszedł, oskarżając niemieckie służby o „antypolską fobię”. To bardzo poważny zarzut. Problem polega na tym, że nie przedstawił żadnych dowodów na jego poparcie. Wystarczyło kilka nagrań krążących w mediach społecznościowych, aby kandydat na premiera uznał, że zna już wszystkie motywy działania niemieckiej policji.
To nie jest poważna polityka zagraniczna. To polityczny spektakl.
Szczególnie niepokojące są jego słowa dotyczące współpracy polsko-niemieckiej. „I my teraz bez żadnych wyjaśnień ze strony niemieckiej mamy podpisywać jakąś umowę o współpracy z Niemcami? Przepraszam, ale to się w głowie nie mieści” – mówił.
Tym samym pojedynczy incydent został przez Czarnka przedstawiony jako argument przeciwko współpracy dwóch państw należących do NATO i Unii Europejskiej. To logika niezwykle niebezpieczna. Gdyby każde państwo kierowało się podobnym rozumowaniem, międzynarodowa współpraca przestałaby istnieć.
Ale znów nie chodzi o rozwiązywanie problemów. Chodzi o polityczny przekaz.
Nie zabrakło również tradycyjnych już ataków na Radosława Sikorskiego i Donalda Tuska. Czarnek mówił o „antypolskiej fobii” ministra spraw zagranicznych oraz o „proniemieckiej i antyamerykańskiej polityce” rządu. To kolejne wielkie oskarżenia, które mają dobrze brzmieć na wiecu lub w telewizyjnym studio, ale których autor nie próbuje nawet rzetelnie uzasadnić.
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że Przemysław Czarnek funkcjonuje według bardzo prostego schematu. Im bardziej kontrowersyjna wypowiedź, tym większa szansa na zainteresowanie mediów. Im mocniejsze oskarżenie, tym większy rozgłos. Im mniej niuansów, tym łatwiejszy polityczny przekaz.
Problem polega na tym, że kandydat na premiera nie powinien zachowywać się jak internetowy prowokator walczący o zasięgi. Powinien ważyć słowa, opierać się na faktach i dbać o interes państwa.
Tymczasem Przemysław Czarnek coraz częściej sprawia wrażenie człowieka, który gotów jest powiedzieć wszystko — absolutnie wszystko — byle tylko przez chwilę znaleźć się w centrum uwagi. A to nie jest cecha męża stanu. To cecha polityka, który bardziej od odpowiedzialności ceni rozgłos.











