Politycy Prawo i Sprawiedliwość po raz kolejny próbują wmówić Polakom, że są jedynymi strażnikami moralności w życiu publicznym. Tym razem wykorzystują aferę wokół Szpitala Południowego w Warszawie, budując narrację o rzekomej systemowej degeneracji obozu rządzącego. Problem polega na tym, że za tym spektakularnym oburzeniem kryje się coś bardzo dobrze znanego: polityczna hipokryzja.
Ataki na Donald Tusk mają odwrócić uwagę od niewygodnych faktów. PiS chce dziś występować w roli surowego sędziego, choć przez osiem lat własnych rządów wielokrotnie pokazywał, że standardy odpowiedzialności publicznej kończą się tam, gdzie zaczynają się partyjne interesy. Dlatego reakcja premiera była nie tylko uzasadniona — była wręcz konieczna.
Tusk trafnie przypomniał sprawę, która dla PiS pozostaje symbolem politycznej bezkarności. Mówiąc o pośle Janusz Cieszyński, premier stwierdził: „Jest taki człowiek, nazywa się Cieszyński i jak wyszła sprawa respiratorów, to on awansował. Gdyby rządził PiS, to ten młody człowiek ze Szpitala Południowego zostałby pewnie wiceministrem”. To mocne słowa, ale trudno odmówić im celności.
Sprawa respiratorów stała się przecież jednym z najbardziej kompromitujących symboli rządów PiS. Miliony złotych publicznych pieniędzy wypłynęły w transakcji obciążonej gigantycznym ryzykiem i fatalnym nadzorem. A jednak politycznych konsekwencji dla wielu osób praktycznie nie było. Właśnie dlatego PiS ma dziś wyjątkowo słabą pozycję moralną, gdy próbuje pouczać innych.
Oczywiście afera w Szpitalu Południowym wymaga wyjaśnienia. Nikt rozsądny nie twierdzi inaczej. Jeżeli dochodziło do nieprawidłowości, powinny zostać ujawnione i rozliczone. Ale czym innym jest rzetelne wyjaśnianie sprawy, a czym innym polityczne widowisko organizowane przez opozycję. PiS nie chce dziś dochodzenia prawdy. PiS chce emocji.
Wystarczy spojrzeć na sposób prowadzenia tej narracji. Z jednej strony mamy oskarżenia o „patologie”, „układy” i „przywileje elit”. Z drugiej – niemal całkowite pominięcie faktu, że obecny rząd nie zamiata sprawy pod dywan. Wręcz przeciwnie: sprawa stała się publiczna, wywołała reakcję polityczną i uruchomiła działania naprawcze. To zasadnicza różnica między obecnym obozem rządzącym a PiS.
Za rządów PiS afery często kończyły się rytualnym zaprzeczaniem, atakiem na media i budowaniem narracji o spisku przeciwników. Każdy kryzys komunikacyjny był rozwiązywany według tego samego schematu: zaprzeczyć, zaatakować, przeczekać.
Tusk obrał inną strategię. Nie udaje, że problem nie istnieje. Nie zasłania się propagandą sukcesu. Nie przekonuje, że wszystko działa idealnie. Zamiast tego przypomina coś bardzo istotnego: wiarygodność w ocenianiu cudzych błędów wymaga czystych własnych rąk. A z tym PiS ma olbrzymi problem.
Najbardziej uderzające w obecnej ofensywie partii Jarosław Kaczyński jest to, jak szybko próbuje ona monopolizować społeczne oburzenie. Każdy kryzys traktowany jest jak polityczny surowiec, który można natychmiast przetworzyć na sondażowe punkty. Pacjenci? Lekarze? Realne problemy ochrony zdrowia? Schodzą na dalszy plan. Liczy się przekaz dnia. To właśnie budzi największy sprzeciw.
Bo zdrowie publiczne nie powinno być narzędziem propagandowej wojny. Polacy mają prawo oczekiwać uczciwej debaty o ochronie zdrowia, a nie kolejnego spektaklu obliczonego na medialny efekt. PiS, zamiast proponować rozwiązania, po raz kolejny wybiera politykę krzyku. A krzyk coraz częściej nie wystarcza.
Dzisiejsza ofensywa PiS wokół Szpitala Południowego mówi więcej o samej opozycji niż o rządzie. Pokazuje partię, która nadal wierzy, że wystarczy głośniej oskarżać, by przykryć własne grzechy. Problem polega na tym, że Polacy mają dobrą pamięć.
I pamiętają nie tylko dzisiejsze nagłówki, ale także osiem lat rządów, podczas których odpowiedzialność polityczna była w PiS towarem wyjątkowo deficytowym.











