Jeszcze niedawno Zbigniew Ziobro sprawiał wrażenie polityka, który uwierzył, że stoi ponad prawem. Agresywna retoryka, oskarżenia rzucane bez dowodów, brutalny język wobec przeciwników i nieustanne budowanie atmosfery oblężonej twierdzy – wszystko to przez lata uchodziło mu płazem. Ale polityczna rzeczywistość zmienia się szybciej, niż wielu działaczy PiS chciałoby przyznać. Piątkowe głosowanie w Sejmie pokazało jedno: czas bezkarności Ziobry może dobiegać końca.
Sejm uchylił immunitet byłemu ministrowi sprawiedliwości. Za było 238 posłów, przeciw 198. Nikt nie wstrzymał się od głosu. To nie jest zwykły parlamentarny epizod. To sygnał polityczny i prawny zarazem. Sygnał, że nawet człowiek, który przez lata kontrolował prokuraturę i aparat ścigania, sam może zostać rozliczony.
Sprawa dotyczy słów, które Ziobro wypowiedział podczas konferencji prasowej nadawanej z Węgier w grudniu 2025 roku. W swoim stylu – bez półcieni, za to z ogromną dawką insynuacji – zaatakował prokuratora krajowego Dariusz Korneluk. Zarzucił mu polityczne sterowanie śledztwami i działania podporządkowane interesom rządu Donald Tusk.
Ziobro mówił: „Zadaniem Korneluka było ukierunkować postępowania z jednej strony na umarzanie realnych złodziejstw, korupcji, których było mnóstwo w otoczeniu Donalda Tuska, a z drugiej – na inicjowanie postępowań (…) wymierzonych w przeciwników politycznych”.
Brzmi znajomo? Oczywiście. To klasyczny mechanizm Ziobry. Najpierw oskarżyć. Potem rzucić cień podejrzeń. Następnie przedstawiać się jako ofiara systemu, gdy pojawia się odpowiedzialność. Problem polega na tym, że tym razem może już nie wystarczyć polityczny teatr.
Podczas prac komisji poseł sprawozdawca Tomasz Głogowski nie owijał w bawełnę. Jak podkreślił, nie chodziło o zwykłą opinię polityczną, lecz o „bardzo konkretne i brutalne zarzuty”. Dodał też jasno: „Nie można bez podstaw atakować i oskarżać prokuratora krajowego”.
I właśnie tu dochodzimy do sedna problemu. Ziobro przez lata działał w przekonaniu, że sama siła wypowiedzi zastępuje dowody. Że wystarczy powiedzieć coś wystarczająco głośno i agresywnie, aby opinia publiczna uznała to za fakt. To była jedna z najbardziej toksycznych cech jego politycznego stylu. Minister sprawiedliwości – człowiek, który powinien rozumieć wagę słów i znaczenie dowodów – często zachowywał się jak partyjny propagandysta.
Dzisiejsze kłopoty Ziobry nie kończą się jednak na immunitecie. I to jest dla niego najgorsza wiadomość.
Od dziś ma jeszcze większy problem, ponieważ uchylenie immunitetu tworzy precedens polityczny. Tarcza pękła. Kiedy polityk przez lata budował swoją pozycję na strachu, kontroli i demonstracji siły, utrata ochrony działa podwójnie boleśnie. Każde kolejne postępowanie, każdy kolejny wniosek, każda kolejna sprawa będzie oceniana już w zupełnie innym kontekście. Ziobro doskonale wie, że to może być początek lawiny.
Ironia sytuacji jest wręcz uderzająca. Przez lata przedstawiał siebie jako bezkompromisowego szeryfa, człowieka walczącego z przestępczością, korupcją i patologiami państwa. Dziś sam musi tłumaczyć się przed wymiarem sprawiedliwości. Człowiek, który tak chętnie oskarżał innych, coraz częściej znajduje się po drugiej stronie stołu. W polityce bywa to szczególnie symboliczne.
Największym problemem Ziobry nie jest nawet groźba wyroku w tej konkretnej sprawie. Największym problemem jest utrata mitu nieomylności. W PiS długo funkcjonował jako polityk bezwzględny, skuteczny i groźny. Dzisiejsze wydarzenia pokazują jednak coś odwrotnego: Ziobro przestaje budzić strach, a zaczyna budzić desperację. A desperacja to zwykle ostatni etap politycznej siły.
Dlatego piątkowe głosowanie może okazać się czymś znacznie większym niż tylko formalnością sejmową. Może być początkiem końca kariery polityka, który przez lata mylił władzę z bezkarnością. I jeśli Ziobro wciąż uważa, że wszystko da się zagłuszyć kolejną konferencją prasową, to chyba nie zauważył najważniejszego.
Czasy się zmieniły. A wraz z nimi skończyło się przyzwolenie na polityczne oszczerstwa.











