Decyzja Karola Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu miała zapewne pokazać stanowczość, polityczną niezależność i twardość wobec Ukrainy w sprawach historycznych.
Zamiast tego wywołała falę krytyki, która płynie już nie tylko ze strony rządu, lecz także od doświadczonych polityków zajmujących się dyplomacją i bezpieczeństwem. Coraz wyraźniej widać, że ruch Nawrockiego postrzegany jest nie jako odpowiedzialna polityka państwowa, lecz jako gest emocjonalny, ryzykowny i potencjalnie szkodliwy dla Polski.
Mocno ujął to Grzegorz Schetyna, który nie pozostawił złudzeń co do skutków tej decyzji. Napisał wprost: „Odebranie Orderu Orła Białego wzbudza entuzjazm w Moskwie i pogłębia konflikt polsko-ukraiński.” Trudno o bardziej dosadną diagnozę. I właśnie w tym tkwi istota problemu.
W polityce międzynarodowej nie wystarczy kierować się wyłącznie emocją czy symbolicznym gestem. Liczą się skutki. A skutki decyzji Nawrockiego są coraz szerzej krytykowane. Nie chodzi nawet o sam spór historyczny wokół UPA — ten w Polsce budzi zrozumiałe emocje i nikt rozsądny tego nie neguje. Chodzi o moment, kontekst i konsekwencje polityczne.
Schetyna trafnie zauważył, że decyzja prezydenta może mieć wymiar znacznie szerszy niż dwustronny spór dyplomatyczny. „Tylko po to, by sprowokować prezydenta Ukrainy do zbojkotowania konferencji w Gdańsku, a także osłabić pozycję polskiego premiera i rządu oraz eskalować konflikt.” To niezwykle poważny zarzut, ale trudno go zbyć machnięciem ręki.
Bo jeśli ruch głowy państwa realnie utrudnia organizację strategicznie ważnej konferencji dotyczącej odbudowy Ukrainy, to przestajemy mówić o symbolice. Zaczynamy mówić o konkretnych szkodach dla polskich interesów.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że krytyka Nawrockiego staje się coraz bardziej powszechna i coraz trudniejsza do zignorowania. Głos zabierają politycy różnych środowisk, dyplomaci, komentatorzy. Coraz częściej powtarza się jedna myśl: prezydent zamiast łagodzić napięcia, świadomie je podgrzewa.
To rodzi pytanie o styl jego prezydentury.
Nawrocki coraz częściej sprawia wrażenie polityka działającego impulsywnie, skoncentrowanego bardziej na politycznym efekcie medialnym niż na długofalowych skutkach. To styl atrakcyjny dla najbardziej radykalnej części elektoratu, ale skrajnie ryzykowny z punktu widzenia państwa.
Prezydent nie jest komentatorem politycznym ani liderem partyjnej ofensywy. Prezydent powinien ważyć racje, rozumieć geopolitykę i dbać o stabilność. Tymczasem decyzja o odebraniu orderu wygląda bardziej jak demonstracyjny gest wymierzony w przeciwników politycznych niż wyważony akt państwowy. Schetyna podsumował to krótko, ale niezwykle trafnie: „Po pierwsze – szkodzić.”
To zdanie uderza, ponieważ dotyka sedna. Coraz więcej osób ma bowiem poczucie, że w działaniach Nawrockiego pojawia się niepokojący wzorzec — eskalacja dla samej eskalacji. Podgrzewanie emocji. Tworzenie kolejnych frontów konfliktu. A przecież Polska nie potrzebuje dziś polityków, którzy każdą trudną kwestię zamieniają w widowisko. Potrzebuje odpowiedzialności, chłodnej kalkulacji i strategicznego myślenia.
Najbardziej gorzkie w całej tej sprawie jest to, komu ta awantura służy. Jeśli decyzja polskiego prezydenta wywołuje zadowolenie w Moskwie, osłabia relacje z Kijowem i komplikuje międzynarodowe inicjatywy Warszawy, to trudno mówić o sukcesie.
Można oczywiście tłumaczyć ten ruch troską o pamięć historyczną. Ale pamięć historyczna nie może być alibi dla działań szkodzących bieżącemu bezpieczeństwu państwa.
I właśnie dlatego krytyka Nawrockiego staje się tak powszechna. Coraz więcej ludzi widzi, że w tej sprawie nie chodzi o siłę, lecz o nieodpowiedzialność. Nie o państwowość, lecz o polityczny spektakl.
A spektakle, nawet najgłośniejsze, nie budują bezpieczeństwa Polski.











