Dla Dariusza Mateckiego poniedziałkowy proces przed Sądem Okręgowym w Szczecinie jest czymś znacznie więcej niż tylko prawnym sporem z prokuraturą. To moment, w którym brutalnie zderzają się dwa obrazy rzeczywistości. Z jednej strony mamy polityka PiS, który od lat budował swój wizerunek jako bezkompromisowego wojownika ideologicznej wojny. Z drugiej — człowieka, któremu prokuratura zarzuca udział w mechanizmach wyprowadzania publicznych pieniędzy na ogromną skalę.
I właśnie tu pojawia się zasadniczy problem Mateckiego. Jego kłopoty nie są wyłącznie natury prawnej. Są także polityczne, wizerunkowe, a być może nawet egzystencjalne. Bo kiedy polityk przez lata funkcjonuje w logice permanentnej propagandowej ofensywy, bardzo łatwo uwierzyć, że każdą niewygodną sprawę da się zagadać.
Tym razem może być inaczej.
Akt oskarżenia liczy około 200 stron, a materiał dowodowy obejmuje kilkadziesiąt tomów dokumentów. Prokuratura zarzuca Mateckiemu sześć przestępstw, zagrożonych karą do 10 lat więzienia. Mowa między innymi o współudziale w mechanizmie, który — według śledczych — doprowadził do przywłaszczenia około 16,5 mln zł z Fundusz Sprawiedliwości. To nie są drobne uchybienia administracyjne. To zarzuty uderzające w samo sedno zaufania do państwa.
Sprawa jest tym bardziej bulwersująca, że Fundusz Sprawiedliwości miał pomagać ofiarom przestępstw. Nazwa zobowiązuje. Środki miały trafiać do ludzi w kryzysie — do pokrzywdzonych, słabszych, potrzebujących realnego wsparcia. Tymczasem, według śledczych, konkursy grantowe miały zostać ustawione tak, by pieniądze płynęły do organizacji powiązanych politycznie.
To właśnie najbardziej kompromituje cały system budowany przez PiS. Publiczne pieniądze przestawały być traktowane jak dobro wspólne. Coraz częściej zaczynały przypominać partyjny fundusz operacyjny.
Matecki oczywiście odrzuca wszystkie zarzuty. Twierdzi, że są polityczne i „wyssane z palca”. Problem polega jednak na tym, że ta formuła stała się już w środowisku PiS niemal automatycznym odruchem. Nieważne, czego dotyczy sprawa — zawsze pojawia się ten sam scenariusz: atak na prokuraturę, oskarżenia o polityczną zemstę, narracja o represjach.
Tyle że społeczeństwo coraz gorzej znosi takie tłumaczenia.
Szczególnie gdy pojawiają się kolejne zarzuty dotyczące rzekomo fikcyjnego zatrudnienia w Lasy Państwowe. Prokuratura twierdzi, że Matecki miał uzyskać nienależne świadczenia w wysokości blisko 484 tys. zł. Pytanie jest więc proste: czy rzeczywiście wykonywał pracę, za którą pobierał wynagrodzenie, czy też mieliśmy do czynienia z klasycznym politycznym synekurą?
To są pytania, od których Matecki nie ucieknie.
Największy paradoks tej historii polega jednak na czymś innym. Dariusz Matecki przez lata chętnie występował w roli oskarżyciela. Ferował moralne wyroki, bez wahania przypisywał innym nieuczciwość, hipokryzję i korupcyjne motywacje. Dziś sam siedzi na ławie oskarżonych.
Ironia losu bywa wyjątkowo precyzyjna.
Matecki ma poważny problem, ponieważ ten proces może stać się symbolem czegoś większego niż jednostkowa sprawa jednego posła. Może stać się symbolem końca epoki politycznej bezkarności. Epoki, w której lojalność partyjna miała stanowić tarczę skuteczniejszą niż prawo.
Nie wiadomo jeszcze, jaki zapadnie wyrok. O tym zdecyduje sąd. Ale już dziś wiadomo jedno: sam fakt, że tak prominentny polityk PiS musi tłumaczyć się z tak poważnych zarzutów, jest potężnym ciosem dla partii, która przez lata budowała swoją markę na haśle walki z układami.
Bo jeśli ktoś przez lata obiecuje rozliczać „układ”, a potem sam trafia do sądu pod zarzutem udziału w mechanizmach budzących skojarzenia z patologią władzy, trudno mówić wyłącznie o politycznym pechu.
To wygląda raczej na rachunek, który w końcu przyszedł do zapłacenia.











