Powrót serialu Ranczo wywołał emocje, których chyba nikt się nie spodziewał. Nie chodzi jednak o scenariusz, losy bohaterów ani artystyczną wizję twórców. Burza rozpętała się wokół nazwiska Daniela Olbrychskiego, który ma wcielić się w postać Stacha, wcześniej graną przez śp. Franciszek Pieczka.
Fala komentarzy była momentami wręcz szokująca. Nie dlatego, że widzowie mają zastrzeżenia do decyzji obsadowych — to naturalne. Problem polega na czymś znacznie poważniejszym: coraz częściej próbujemy odbierać artystom prawo do własnych poglądów.
A to droga bardzo niebezpieczna.
W sieci pojawiły się komentarze pełne pogardy i agresji: „Olbrychski out z TV”, „Wypad z antypolskim dziadem!”, „Nikt go oglądać nie chce”. Nietrudno zauważyć, że nie chodzi w nich o aktorstwo. To nie jest dyskusja o warsztacie, charyzmie czy ekranowej wiarygodności. To polityczny lincz. Zarzut wobec Olbrychskiego sprowadza się bowiem do jednego: mówi rzeczy, które nie podobają się sympatykom PiS.
I właśnie tu warto postawić granicę.
Daniel Olbrychski nie ma obowiązku podzielać poglądów prawicy, by zasługiwać na miejsce w polskiej kulturze. Ma pełne prawo myśleć samodzielnie, wypowiadać własne opinie i krytykować tych polityków, których uważa za szkodliwych. Wolność słowa działa przecież w obie strony — obejmuje zarówno tych, którzy wspierają PiS, jak i tych, którzy są jego krytykami.
Najbardziej rozsądnie ujął to reżyser serialu, Wojciech Adamczyk, pisząc: „Daniel Olbrychski jako osoba prywatna miał prawo wyrazić swoje poglądy. Mamy wolność słowa”. To powinno zakończyć całą dyskusję. A jednak nie zakończyło, bo problem leży głębiej.
W Polsce coraz wyraźniej widać zjawisko politycznego tribalizmu, w którym artysta przestaje być oceniany przez pryzmat talentu, dorobku czy osiągnięć. Liczy się wyłącznie to, po której stronie barykady stoi. Jeśli powiedział coś krytycznego o prawicy — automatycznie zostaje uznany za „antypolskiego”. Jeśli skrytykował PiS — dla części opinii publicznej przestaje być artystą, a staje się wrogiem.
To absurd.
Olbrychski nie musi nikomu udowadniać swojej pozycji. Jest jednym z najwybitniejszych polskich aktorów powojennego kina. Wystarczy przypomnieć jego role u Andrzej Wajda — w Popioły, Pan Wołodyjowski czy Potop. Przez dekady budował pozycję artysty, którego talent wykracza daleko poza bieżące spory polityczne. Próba redukowania go do kilku wypowiedzi medialnych jest zwyczajnie intelektualnie nieuczciwa.
Szczególnie groteskowo brzmi zarzut, że Olbrychski nie może zagrać człowieka „z prostego ludu”, bo rzekomo nim gardzi. Aktor nie gra przecież siebie. Na tym polega istota aktorstwa — na wcielaniu się w role, które nie muszą mieć nic wspólnego z prywatnymi przekonaniami. Czy ktoś naprawdę sądzi, że aktor grający zbrodniarza musi prywatnie popierać przemoc? Logika internetowego oburzenia prowadzi właśnie do takich absurdów.
Warto też zauważyć coś jeszcze. Oburzenie części widzów nie wynika wyłącznie z niechęci do Olbrychskiego. To część szerszego zjawiska: potrzeby podporządkowania kultury politycznej lojalności. Dla niektórych idealny artysta to taki, który milczy albo mówi dokładnie to, co oni chcą usłyszeć.
Ale sztuka nigdy nie rozwijała się w klimacie ideologicznej tresury.
Daniel Olbrychski ma prawo do własnych poglądów. Nawet ostrych. Nawet takich, które drażnią PiS i jego zwolenników. I właśnie obrona tego prawa jest dziś ważniejsza niż sam spór o obsadę w Ranczu. Bo stawką nie jest wyłącznie jeden serial.
Stawką jest pytanie, czy w Polsce nadal wolno być wybitnym artystą i jednocześnie myśleć inaczej niż polityczna większość własnej bańki.
Jeśli odpowiedź miałaby brzmieć „nie”, to problem nie leży w Olbrychskim.
Problem leży w nas.











