W polityce bywają decyzje kontrowersyjne, bywają też głupie. Są jednak i takie, które można nazwać po imieniu: skrajnie nieodpowiedzialne. Do tej ostatniej kategorii należy decyzja Karola Nawrockiego o zaostrzeniu sporu z Ukrainą wokół pamięci historycznej.
W czasie, gdy Europa mierzy się z rosyjskim imperializmem, a bezpieczeństwo Polski pozostaje nierozerwalnie związane ze stabilnością naszego wschodniego sąsiada, prezydent postanowił grać historią jak tanią kartą wyborczą. I właśnie dlatego głos profesora Antoniego Dudka wybrzmiał tak mocno.
Prof. Dudek nie owijał w bawełnę. Napisał wprost, że dziś „dwóch prezydentów-nacjonalistów niszczy dla doraźnych celów politycznych wszystko to, co przez trzy dekady trudnego, historycznego dialogu polsko-ukraińskiego udało się osiągnąć”. Trudno o trafniejszą diagnozę. Bo właśnie z tym mamy dziś do czynienia: z niszczeniem lat żmudnej pracy historyków, dyplomatów i ludzi dobrej woli przez polityków, którzy wolą podsycać emocje niż szukać rozwiązań.
Nawrocki najwyraźniej uznał, że najlepszą drogą do budowania własnego politycznego kapitału będzie granie na najczulszych strunach zbiorowej pamięci. Wołyń to rana prawdziwa, głęboka i bolesna. Tym bardziej wymaga powagi. Tymczasem obecny prezydent traktuje ją jak polityczne paliwo. Zamiast odpowiedzialnego języka mamy ostentacyjne gesty, medialne prowokacje i demonstracyjne zaostrzanie tonu.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, komu taka polityka realnie służy. Dudek zwrócił uwagę na wyjątkowo ponury paradoks. Jak napisał, „w chwili, gdy relacje polsko-ukraińskie sięgają dna, nadchodzi na szczęście wsparcie z najbardziej nieoczekiwanej strony”. Tym „wsparciem” okazała się rosyjska ambasada w Warszawie.
To powinno zapalić wszystkie czerwone lampki.
Jeśli Kreml z zadowoleniem włącza się do polsko-ukraińskiego sporu, oznacza to, że ktoś właśnie realizuje scenariusz korzystny dla Moskwy. Rosyjska narracja od lat opiera się na jednym celu: skłócić państwa regionu, rozbić solidarność i osłabić wszelkie więzi, które mogłyby utrudniać imperialne ambicje Kremla. Każdy konflikt pamięciowy między Warszawą a Kijowem jest dla Moskwy strategicznym prezentem.
A Nawrocki ten prezent wręcza.
Rosyjska dyplomacja natychmiast wykorzystała jego wypowiedzi, próbując narzucić własną interpretację rzezi wołyńskiej. Według Moskwy ofiarami byli „przede wszystkim obywatele radzieccy”, a nie polscy. To klasyczny przykład manipulacji historycznej. Dudek słusznie przypomniał, że mieszkańcom II RP na terenach zajętych przez ZSRR „narzucono siłą obywatelstwo tego państwa”. To nie detal historyczny. To fundamentalny fakt pokazujący skalę sowieckiego imperializmu.
I tu dochodzimy do sedna problemu z Nawrockim. Jego polityka historyczna nie jest ani dojrzała, ani strategiczna. Jest reaktywna, emocjonalna i podporządkowana krótkoterminowemu interesowi politycznemu. Zbyt często przypomina retorykę PiS: dużo symboli, dużo gniewu, mało odpowiedzialności za skutki.
PiS od lat budował kapitał polityczny na resentymencie. Na podsycaniu poczucia krzywdy. Na przekonywaniu Polaków, że wszyscy są nam coś winni: Niemcy, Bruksela, Ukraina. Problem polega na tym, że państwo nie może prowadzić polityki wyłącznie na emocjach. Zwłaszcza gdy stawką jest bezpieczeństwo.
Nawrocki zdaje się tego nie rozumieć. Albo — co gorsza — rozumie doskonale, lecz cynicznie uznaje, że polityczny zysk wart jest geopolitycznego ryzyka.
Dudek ma rację, gdy ostrzega przed krótkowzrocznością elit. Historia Polski aż nadto często pokazywała, czym kończy się polityka oparta na zacietrzewieniu i małostkowości. Emocje bywają skutecznym narzędziem mobilizacji elektoratu, ale fatalnym fundamentem strategii państwowej.
Karol Nawrocki powinien to zrozumieć, zanim będzie za późno. Bo prezydent nie jest od dolewania benzyny do ognia. Jest od gaszenia pożarów.
Dziś zaś wygląda raczej na człowieka, który z kanistrem w ręku krąży wokół płomieni.











