Jarosław Kaczyński po raz kolejny udowodnił, że w momentach wymagających odpowiedzialności państwowej wybiera najprostszą polityczną broń: emocję, resentyment i konflikt. Wystarczyło kilka zdań wypowiedzianych przy okazji Konferencji na rzecz Odbudowy Ukrainy w Gdańsku, by prezes PiS pokazał, że jego polityczna wyobraźnia zatrzymała się na logice permanentnej wojny — także wtedy, gdy stawką jest polska racja stanu.
Nazwanie mera Lwowa Andrija Sadowego „banderowcem” nie było przypadkowym lapsusem. To świadoma polityczna prowokacja. Kaczyński doskonale wie, jaką siłę rażenia mają w Polsce historyczne traumy związane z Wołyniem. Wie też, że użycie takiego słowa natychmiast uruchamia emocjonalny mechanizm: gniew, oburzenie, poczucie krzywdy. Problem polega na tym, że odpowiedzialny polityk powinien emocjami zarządzać, a nie cynicznie nimi handlować.
Prezes PiS stwierdził: „Banderowiec oczywisty”. To oskarżenie skrajne, ciężkie i obliczone na efekt medialny. Nie ma w nim miejsca na dyplomację, niuans czy próbę budowania trudnego polsko-ukraińskiego dialogu historycznego. Jest za to dobrze znana metoda Kaczyńskiego: uprościć rzeczywistość do czarno-białego konfliktu i wskazać winnego.
Jeszcze bardziej alarmujące są jego słowa o blokowaniu akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej. „Wy z banderyzmem do Europy nie wejdziecie” — powiedział, wracając do retoryki sprzed lat. Problem nie polega na tym, że Kaczyński mówi o Wołyniu. O tej zbrodni mówić trzeba — jasno, uczciwie i bez relatywizacji. Problem polega na tym, że tragedię historyczną wykorzystuje dziś jako narzędzie bieżącej walki politycznej.
To wyjątkowo niebezpieczne. Ukraina toczy wojnę egzystencjalną z Rosją. Każde osłabienie relacji Kijowa z europejskimi partnerami jest politycznym prezentem dla Kremla. Trudno nie zauważyć, że retoryka Kaczyńskiego — niezależnie od intencji — idealnie wpisuje się w rosyjski interes: skłócić Polskę z Ukrainą, osłabić zachodni front, podsycić historyczne urazy.
Najbardziej uderza jednak coś innego: całkowity brak strategicznego myślenia. Kaczyński mówi, że należy odwołać konferencję w Gdańsku. Naprawdę? Odwołać wydarzenie, na którym polskie firmy mogą walczyć o kontrakty związane z przyszłą odbudową Ukrainy? Zrezygnować z wpływu na proces, który będzie jednym z największych projektów gospodarczych Europy w nadchodzących dekadach?
To nie jest polityka suwerennego państwa. To polityka obrażania się.
Prezes PiS twierdzi, że Polska powinna wspierać Ukrainę w wojnie, bo leży to w naszym interesie. Ma rację. Tyle że sekundę później proponuje działania, które ten interes osłabiają. To klasyczny kaczyzm: najpierw deklaracja realizmu, potem emocjonalna demolka własnej argumentacji.
Od lat obserwujemy ten sam mechanizm. Gdy Kaczyński nie ma świeżej propozycji dla Polski, wraca do sprawdzonych paliw politycznych — lęku, podziału i historycznych urazów. Zamiast wizji przyszłości dostajemy mobilizację wokół gniewu. Zamiast strategii — retorykę oblężonej twierdzy.
Najbardziej przygnębiające jest to, że prezes PiS zdaje się nie rozumieć, jak bardzo zmienił się świat. W polityce międzynarodowej nie wystarczy już krzyczeć najgłośniej. Liczą się wpływy, koalicje, zdolność budowania przewagi. Polska potrzebuje dziś chłodnej kalkulacji, a nie politycznych fajerwerków dla partyjnego elektoratu.
Kaczyński znów pokazuje, że nie potrafi wyjść poza logikę wewnętrznej wojny. Nawet gdy chodzi o bezpieczeństwo regionu, gospodarcze interesy Polski i przyszłość Europy, wybiera język konfrontacji.
I może właśnie to jest dziś największym problemem PiS. Partia Kaczyńskiego coraz częściej nie proponuje Polsce nic poza gniewem. A gniew, choć politycznie bywa użyteczny, nigdy nie był dobrym fundamentem dla odpowiedzialnej polityki państwowej.











