Prawo i Sprawiedliwość od dawna funkcjonuje w logice permanentnego konfliktu. Partia Jarosława Kaczyńskiego potrzebuje sporu jak tlenu — bez niego traci energię, przekaz i polityczny sens. Problem polega na tym, że dziś PiS zaczyna walczyć już nie tylko z przeciwnikami, lecz także samo ze sobą. Najnowszy przykład jest wręcz groteskowy: partia pokłóciła się o… zwrot ukraińskich odznaczeń.
Jeszcze niedawno politycy PiS prześcigali się w deklaracjach solidarności z Ukrainą. Po rosyjskiej agresji przedstawiali siebie jako głównych architektów pomocy wojskowej i humanitarnej. Dziś ci sami ludzie próbują przepisać własną historię, podporządkowując wszystko bieżącej politycznej awanturze. Jarosław Kaczyński ogłosił, że zamierza zwrócić ukraiński Order Księcia Jarosława Mądrego drugiej klasy. Jak tłumaczył, ma to być „wyraz mojego stosunku nie tyle może do Ukraińców, co do elit ukraińskich”. Dodał też, że to „akt lojalności wobec naszego prezydenta”.
To charakterystyczne dla PiS: nawet gest symboliczny nie wynika z przemyślanej strategii, lecz z doraźnej potrzeby politycznego teatru. Order nie stał się nagle problemem dlatego, że zmieniło się jego znaczenie. Problemem stał się dlatego, że partia potrzebuje nowego pola mobilizacji emocji. Gdy brakuje programu, pozostają symbole, urazy i gesty obliczone na wywołanie wzburzenia.
Za Kaczyńskim poszli kolejni partyjni notable — Mariusz Błaszczak, Marek Kuchciński, Zbigniew Rau, Adam Bielan. Wspólne oświadczenie brzmiało patetycznie: odznaczenia zwracają „z szacunku dla ofiar zbrodni wołyńskiej i lojalności wobec Prezydenta RP Karola Nawrockiego”. Problem w tym, że nawet wewnątrz PiS nie wszyscy kupili tę narrację.
I tu zaczyna się prawdziwy obraz tej partii.
Michał Dworczyk powiedział głośno coś, co dla kierownictwa PiS musiało zabrzmieć niemal jak herezja: „Nie zwrócę tych odznaczeń”. To jedno zdanie mówi więcej o obecnym stanie partii niż dziesiątki politycznych komentarzy.
Dworczyk przypomniał rzecz oczywistą, choć dla PiS dziś niewygodną. Odznaczenia, które otrzymał, nie były wyłącznie osobistym wyróżnieniem. Jak sam podkreślił, traktuje je jako „wyraz szacunku dla Polaków, bo to Polacy organizowali pomoc Ukraińcom”. Trudno z tym polemizować. Miliony Polaków otworzyły swoje domy, organizowały transport, zbiórki i schronienie dla uchodźców. Zwrot odznaczeń w imię partyjnego gestu wygląda więc jak próba instrumentalnego wykorzystania także tej solidarności.
Jeszcze bardziej kompromitujące jest jednak to, że PiS nie potrafi utrzymać nawet własnej linii politycznej. Jedni każą zwracać ordery w imię honoru. Inni mówią, że byłoby to błędem strategicznym. Dworczyk przyznał wprost, że „dzisiaj jest czas, kiedy powinniśmy myśleć o przyszłości”. To brzmi rozsądnie — i właśnie dlatego tak mocno kontrastuje z retoryką partyjnego kierownictwa.
PiS chce uchodzić za monolit, za formację zdyscyplinowaną i jednolitą. Tymczasem coraz częściej widzimy ugrupowanie rozchwiane, nerwowe i wewnętrznie podzielone. Nawet w sprawach symbolicznych nie potrafią mówić jednym głosem. Kłócą się o ordery, o gesty, o polityczne spektakle. Nawet o to są w stanie urządzić awanturę.
Najbardziej uderza jednak coś jeszcze: skala politycznej krótkowzroczności. W czasach, gdy Polska stoi wobec realnych wyzwań bezpieczeństwa, kryzysów gospodarczych i napięć geopolitycznych, PiS znów sprowadza debatę publiczną do emocjonalnych widowisk. To stara metoda Kaczyńskiego — podgrzać atmosferę, stworzyć konflikt, zmusić wszystkich do zajęcia stanowiska.
Ale tym razem mechanizm zaczyna się zacinać.
Bo jeśli partia nie potrafi uzgodnić nawet własnego stanowiska wobec symbolicznego gestu, trudno oczekiwać, że będzie zdolna do odpowiedzialnego rządzenia. Dzisiejszy PiS coraz bardziej przypomina polityczną machinę napędzaną gniewem, lecz pozbawioną kierunku. A gdy politycy zaczynają kłócić się już nawet o ordery, to znaczy, że kryzys jest znacznie głębszy niż zwykły spór o Ukrainę. To kryzys sensu, przywództwa i elementarnej spójności.











