Polityczna propaganda ma swoje prawa. Potrzebuje emocji, wielkich słów, dramatycznych obrazów i — przede wszystkim — wroga. Ale nawet propaganda ma granice śmieszności. Problem polega na tym, że środowisko PiS, portal wPolityce i sam Karol Nawrocki od dawna uznali, że takich granic po prostu nie ma. Najnowsza histeria wokół rzekomej próby otrucia Nawrockiego jest tego podręcznikowym przykładem.
Tekst opublikowany przez wPolityce czyta się jak kiepski thriller polityczny. Już sam ton zdradza intencję autorów: nie chodzi o ustalenie faktów, lecz o wywołanie skandalu. Padają wielkie słowa o „szokujących informacjach”, „próbie zamachu” i „jeżących włos na głowie” rewelacjach. Czytelnik ma poczuć grozę jeszcze zanim pozna jakiekolwiek dowody.
A dowodów — rzecz jasna — nie ma.
Jest natomiast sugestia. Insynuacja. Atmosfera spisku. Oto Karol Nawrocki, według propagandowej narracji, miał paść ofiarą niemal kryminalnego ataku podczas kampanii. wPolityce pisze wprost o „próbie zamachu na życie kandydata prawicy”. Brzmi potężnie. Problem w tym, że między sensacyjnym nagłówkiem a rzeczywistością zieje przepaść.
Cała historia opiera się na opowieści o nagłym kryzysie zdrowotnym — gwałtownych wymiotach, utracie przytomności i złym samopoczuciu. Każdy rozsądny człowiek zapytałby najpierw o najbardziej banalne wyjaśnienia: zatrucie pokarmowe? wirus? skrajne wyczerpanie? odwodnienie? Tymczasem propaganda PiS od razu przeskakuje do najbardziej radykalnej wersji: zamach.
Prof. Andrzej Nowak idzie jeszcze dalej, sugerując, że „ktoś mógł próbować otruć kandydata prawicy”. To niezwykle poważne oskarżenie. W normalnym świecie takie słowa wymagałyby dowodów, dokumentacji medycznej, badań toksykologicznych i zawiadomienia prokuratury. W świecie PiS wystarcza insynuacja, podana w odpowiednio dramatycznym opakowaniu.
Na tym jednak nie koniec. wPolityce dorzuca kolejną warstwę propagandowej histerii, pisząc o „budzących obrzydzenie kulisach kampanii organizowanej przez obóz władzy” oraz o rzekomej historii kochanki i nieślubnego dziecka. Znów — zero konkretów, maksimum emocji.
To jest mechanizm dobrze znany z polityki PiS. Kiedy brakuje argumentów programowych, trzeba stworzyć spektakl. Kiedy nie ma realnego skandalu, należy go wykreować. Kiedy spada mobilizacja elektoratu, trzeba dostarczyć nową dawkę strachu. Wróg musi być nie tylko silny — musi być także moralnie odrażający, gotowy na wszystko: szantaż, prowokację, a teraz nawet… otrucie.
Najbardziej groteskowy fragment tekstu wPolityce brzmi jednak inaczej. Portal grzmi: „Jeśli rząd i jego służby nie podejmą pilnie działań, udowodnią swoje skrajne złe, pozbawione elementarnej moralności intencje wobec opozycji.” To klasyczny propagandowy szantaż. Najpierw rzuca się oskarżenie bez dowodów, a potem domaga państwowego śledztwa, sugerując, że brak reakcji będzie dowodem winy.
To logika absurdalna, ale politycznie wygodna. Jeśli śledztwo nie potwierdzi teorii spiskowej — można krzyczeć o tuszowaniu sprawy. Jeśli zostanie wszczęte — sam fakt postępowania stanie się paliwem dla kolejnych teorii. Propaganda wygrywa w obu scenariuszach.
Trudno nie zauważyć, że PiS i sprzyjające mu media coraz bardziej uzależniły się od polityki permanentnej psychozy. Nie ma już miejsca na rzeczową debatę, analizę czy spór o wizję państwa. Zamiast tego dostajemy kolejne odcinki serialu o spiskach, zamachach i prześladowaniach.
To szczególnie niebezpieczne, bo niszczy resztki zaufania społecznego. Jeśli wyborcom codziennie powtarza się, że przeciwnik polityczny jest zdolny do trucia, szantażu i przemocy, demokratyczna rywalizacja zamienia się w plemienną wojnę.
I może właśnie to jest dziś największy problem. Nie to, że wPolityce publikuje absurdalne teksty. Nie to, że PiS chętnie je podchwytuje. Problemem jest to, że Karol Nawrocki najwyraźniej godzi się być twarzą tej polityki paranoi.
Bo gdy polityk zamiast faktów wybiera insynuacje, zamiast argumentów — histerię, a zamiast powagi urzędu — rolę bohatera taniego thrillera, trudno traktować go poważnie. Pozostaje tylko pytanie: czy to już dno propagandy? Patrząc na dotychczasową praktykę PiS, niestety nie można tego wykluczyć.











