Prawo i Sprawiedliwość znów rusza w trasę z wielkimi hasłami, gromkimi zapowiedziami i dobrze znaną retoryką oblężonej twierdzy. Tym razem partia Jarosława Kaczyńskiego zapowiada konwencję poświęconą przyszłemu „rozliczeniu rządu Donalda Tuska”. Ma być ostro, bezkompromisowo, a według polityków PiS nawet „brutalnie”. Problem polega jednak na tym, że zanim zacznie się rozliczać innych, wypadałoby spojrzeć w lustro. A z tym w PiS od lat jest największy problem.
Słowa o „brutalnych rozliczeniach” brzmią dziś szczególnie groteskowo w ustach środowiska, które przez osiem lat sprawowało pełnię władzy i pozostawiło po sobie długi katalog spraw wymagających wyjaśnienia. Zamiast odpowiedzieć na pytania dotyczące własnych rządów, politycy PiS wolą tworzyć polityczny spektakl, w którym to oni mają być sędziami, prokuratorami i wykonawcami wyroków.
„Prezes bardzo chce pokazać, że rozliczy tę władzę” — mówią anonimowo politycy partii. To zdanie doskonale oddaje logikę działania PiS. Nie chodzi o państwo prawa, transparentność czy odpowiedzialność polityczną. Chodzi o demonstrację siły. O pokazanie elektoratowi, że partia wciąż potrafi mobilizować emocje, podsycać gniew i wskazywać wrogów.
Ale zanim Jarosław Kaczyński i Przemysław Czarnek zaczną kreślić plan przyszłych represji wobec przeciwników politycznych, warto zadać jedno zasadnicze pytanie: kto rozliczy rządy Mateusza Morawieckiego?
Kto rozliczy gigantyczne wydatki publiczne, które często znikały w atmosferze niejasności? Kto rozliczy wybory kopertowe, które kosztowały dziesiątki milionów złotych i nie doprowadziły do niczego poza kompromitacją państwa? Kto rozliczy afery wokół spółek skarbu państwa, funduszy celowych, rozdawnictwa stanowisk i politycznego klientelizmu?
PiS najwyraźniej uznał, że najlepszą obroną jest atak. Im głośniej mówi się o „rozliczeniu Tuska”, tym mniej uwagi poświęca się bilansowi ośmiu lat ich własnych rządów. To klasyczna polityczna zasłona dymna.
Nieprzypadkowy jest również język, po który sięga partia Kaczyńskiego. „Nie odpuścimy” — zapowiadają rozmówcy tygodnika. To nie jest język demokratycznej konkurencji. To język odwetu. Polityka w wydaniu PiS coraz częściej przestaje przypominać spór programowy, a coraz bardziej walkę plemienną, w której celem nie jest przekonanie wyborcy, lecz unicestwienie przeciwnika.
Tymczasem Polacy mają prawo oczekiwać czegoś więcej niż kolejnych politycznych widowisk opartych na strachu i zemście. Opozycja, która chce wrócić do władzy, powinna przedstawiać wizję państwa, reform, gospodarki, edukacji czy bezpieczeństwa. Zamiast tego PiS proponuje emocjonalny rewanżyzm jako jeden z filarów swojego programu.
To szczególnie znamienne w przypadku Przemysława Czarnka, przedstawianego jako kandydat na premiera. Jeśli czwartym punktem jego planu ma być polityczne rozliczanie przeciwników, to trudno oprzeć się wrażeniu, że przyszłość rysowana przez PiS ma niewiele wspólnego z nowoczesnym państwem prawa.
Największa słabość PiS polega dziś właśnie na tym, że partia nie potrafi uczciwie zmierzyć się z własną przeszłością. Zamiast refleksji — agresja. Zamiast samokrytyki — oskarżenia. Zamiast odpowiedzi — propaganda.
Można odnieść wrażenie, że Kaczyński i jego ludzie panicznie boją się jednego scenariusza: prawdziwego rozliczenia własnych rządów. Bo wtedy okazałoby się, że najwięcej pytań nie dotyczy Donalda Tuska, lecz właśnie ich samych.
I może właśnie dlatego PiS tak głośno krzyczy o rozliczeniach. Bo w polityce często najgłośniej oskarżają ci, którzy najbardziej boją się usłyszeć pytania skierowane pod własnym adresem.











