W polskiej polityce widzieliśmy już wiele. Były teorie spiskowe, były kampanie strachu, były opowieści o tajemniczych układach i wszechobecnych wrogach. Ale nawet na tym tle najnowsza historia dotycząca rzekomej próby otrucia Karola Nawrockiego brzmi jak kolejny rozdział politycznej groteski. Problem polega na tym, że ta groteska przestaje być śmieszna. Zaczyna być groźna.
Według prof. Andrzeja Nowaka, autora książki „Skąd się wziął Karol Nawrocki”, podczas kampanii prezydenckiej miało dojść do próby otrucia obecnego prezydenta. Samo oskarżenie jest skrajnie poważne. Mówimy przecież o potencjalnym zamachu na życie głowy państwa. W normalnym, odpowiedzialnym systemie politycznym taka informacja uruchamiałaby natychmiastowe procedury bezpieczeństwa, alarm w służbach i precyzyjne działania wyjaśniające.
Tymczasem najpierw słyszymy o tym… z książki.
I właśnie ten absurd trafnie wychwycił Adam Szłapka. Rzecznik rządu zareagował bez histerii, ale celnie punktując najbardziej kompromitujący aspekt całej historii. „Nikt wcześniej nie zgłaszał tego organom ścigania. Bardzo dziwna sytuacja, zaskakująca” — powiedział. Trudno się z nim nie zgodzić.
Bo trzeba zadać podstawowe pytanie: jeśli rzeczywiście próbowano otruć Karola Nawrockiego, to gdzie byli jego współpracownicy? Gdzie były procedury bezpieczeństwa? Gdzie byli ludzie odpowiedzialni za ochronę kandydata na urząd prezydenta?
Szłapka nie bez ironii zauważył, że „chciałoby się pogratulować” osobom odpowiadającym wówczas za bezpieczeństwo Nawrockiego. To celna złośliwość, ale również bardzo poważny zarzut. Jeśli bowiem zagrożenie było realne, mielibyśmy do czynienia z kompromitacją otoczenia Nawrockiego. Jeśli zaś zagrożenia nie było — pozostaje pytanie, po co dziś buduje się tę sensacyjną narrację.
I tu dochodzimy do sedna.
Karol Nawrocki coraz wyraźniej staje się politykiem funkcjonującym w atmosferze permanenticznego oblężenia. W jego politycznym otoczeniu niemal nieustannie pojawiają się historie o zagrożeniach, prowokacjach, atakach i spiskach. Zamiast budować autorytet poprzez powagę urzędu, coraz częściej budowany jest obraz lidera osaczonego przez wrogów.
To polityka emocji w najczystszej postaci.
Nie ma przypadków w tym, że takie historie szczególnie dobrze rezonują w elektoracie PiS. Strach od lat stanowi jedno z najważniejszych narzędzi mobilizacji tego obozu. Jeśli przeciwnik polityczny nie jest zwykłym rywalem, lecz kimś zdolnym do wszystkiego — nawet do otrucia prezydenta — każda krytyka władzy może zostać przedstawiona jako element większego planu destabilizacji.
To mechanizm stary, ale wciąż skuteczny.
Nawrocki wydaje się jednak iść krok dalej. Problem nie polega wyłącznie na tym, że jego otoczenie produkuje sensacyjne opowieści. Problem polega na tym, że prezydent zdaje się nie odcinać od tej atmosfery. A milczenie w takiej sytuacji bywa formą przyzwolenia.
Szłapka słusznie dodał coś jeszcze: „Jeżeli faktycznie doszło do nieprawidłowości, to oczywiście organy ścigania powinny się tym zająć”. To właśnie jest właściwa postawa państwowa — bez paniki, bez propagandy, bez insynuacji. Są dowody? Niech badają je służby. Nie ma dowodów? Nie budujmy politycznego thrillera.
To odróżnia odpowiedzialną politykę od politycznego teatru.
Najbardziej niepokojące w całej sprawie jest to, że Karol Nawrocki, zamiast budować prezydenturę opartą na stabilności i zaufaniu, coraz częściej wpisuje się w logikę podejrzeń i oblężonej twierdzy. A państwo prowadzone w atmosferze nieustannej paranoi zaczyna tracić zdolność do racjonalnego działania.
Polska nie potrzebuje prezydentury opartej na sensacji. Nie potrzebuje lidera, wokół którego bez przerwy unoszą się teorie spiskowe. Potrzebuje powagi, odpowiedzialności i zaufania do instytucji.
Jeśli Karol Nawrocki chce być traktowany poważnie jako głowa państwa, powinien zrobić rzecz prostą: odciąć się od polityki insynuacji.
Bo prezydent, który pozwala, by wokół niego krążyły coraz bardziej absurdalne opowieści, ryzykuje, że sam stanie się symbolem politycznej paranoi.











