Zbigniew Ziobro znów przemówił tonem moralnego arbitra. Były minister sprawiedliwości, komentując umorzenie śledztwa w sprawie tak zwanych dwóch wież, postanowił uderzyć w Donalda Tuska i Romana Giertycha.
Problem polega jednak na tym, że jego słowa brzmią dziś wyjątkowo groteskowo. Trudno bowiem poważnie traktować pouczenia o praworządności ze strony człowieka, który sam od miesięcy ukrywa się przed polskim wymiarem sprawiedliwości i konsekwentnie unika rozliczenia za własne działania.
Ziobro napisał na platformie X: „Sprawa ‘dwóch wież’ umorzona… Ale nic już nie zwróci życia śp. Barbary Skrzypek”. Dalej oskarżył Tuska i mec. Giertycha o „polowanie na opozycję i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego”. W kolejnym wpisie dorzucił jeszcze cięższy kaliber: „Kazali prokuraturze brnąć w absurdalne zarzuty”.
To klasyczny styl Ziobry — maksimum emocji, minimum refleksji. Gdy pojawia się niekorzystny dla PiS rozwój wydarzeń, natychmiast uruchamiana jest ta sama narracja: prześladowanie, zemsta polityczna, represje wobec opozycji. W tej opowieści nigdy nie ma miejsca na chłodną analizę faktów. Zawsze musi być dramat, spisek i wróg.
Warto jednak przypomnieć rzecz zasadniczą. Umorzenie postępowania nie oznacza automatycznie, że wszystkie okoliczności zostały definitywnie wyjaśnione albo że sprawa była od początku bezpodstawna. Polski system prawny przewiduje przecież możliwość kontroli decyzji prokuratury. I właśnie dlatego Roman Giertych zapowiedział złożenie zażalenia.
To reakcja w pełni naturalna i zgodna z procedurami. Giertych robi dokładnie to, co powinien zrobić pełnomocnik pokrzywdzonego: korzysta z instrumentów przewidzianych przez państwo prawa. Nie krzyczy o spiskach. Nie buduje teorii o politycznej zemście. Korzysta z drogi prawnej.
I właśnie dlatego ataki Ziobry na mec. Giertycha są tak przewrotne.
Roman Giertych od lat pozostaje jednym z najbardziej konsekwentnych prawników rozliczających nadużycia władzy PiS. Można się z nim nie zgadzać politycznie, można krytykować jego styl, ale trudno odmówić mu jednego: determinacji w doprowadzaniu spraw do instytucjonalnego finału. Działa poprzez sądy, prokuraturę, procedury. Innymi słowy — poprzez mechanizmy, które Ziobro przez lata systematycznie osłabiał i podporządkowywał polityce.
To właśnie tu kryje się największy paradoks.
Zbigniew Ziobro przez lata firmował model państwa, w którym prokuratura przestawała być niezależnym organem, a stawała się instrumentem politycznego nacisku. To za jego czasów śledczy byli poddawani bezprecedensowej presji, a granice między interesem partii a interesem państwa zaczęły się niebezpiecznie zacierać. Dziś ten sam człowiek próbuje przedstawiać się jako obrońca sprawiedliwości.
Brzmi to niewiarygodnie także z jeszcze jednego powodu.
Ziobro sam pozostaje symbolem unikania odpowiedzialności. Człowiek, który przez lata z żelazną konsekwencją domagał się rozliczania innych, dziś robi wszystko, by samemu uniknąć konfrontacji z polskim wymiarem sprawiedliwości. Trudno o większą hipokryzję. Jeszcze niedawno słyszeliśmy z jego ust, że „uczciwi nie mają się czego bać”. Dziś to zdanie wraca do niego jak polityczny bumerang.
Sprawa dwóch wież zapewne jeszcze się nie zakończy. Zażalenie Giertycha może otworzyć kolejny etap postępowania. I dobrze. W państwie prawa kontrowersyjne decyzje powinny podlegać kontroli, a sprawy budzące społeczne emocje powinny być wyjaśniane do końca.
Ale niezależnie od dalszego biegu tej sprawy jedno jest pewne: Zbigniew Ziobro jest ostatnią osobą, która powinna dziś wygłaszać moralne tyrady o prawie i sprawiedliwości.
Bo gdy człowiek uciekający przed odpowiedzialnością zaczyna pouczać innych o uczciwości, pozostaje już tylko polityczny teatr.
A Polacy widzą tę grę coraz wyraźniej.











