Jarosław Kaczyński po raz kolejny próbuje przedstawić się jako strażnik uczciwości życia publicznego i obrońca obywateli przed patologiami państwa.
Tym razem prezes PiS proponuje powołanie specjalnej Komisji Zaufania Publicznego, która miałaby zbadać aferę wokół Szpitala Południowego oraz szerzej przyjrzeć się problemom ochrony zdrowia. Na pierwszy rzut oka brzmi to poważnie. Problem polega na tym, że gdy Kaczyński zaczyna mówić o „apolityczności”, „transparentności” i „zaufaniu publicznym”, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia nie z propozycją reformy, lecz z kolejnym aktem politycznego teatru.
Najbardziej uderza już sam język prezesa PiS. „To przede wszystkim komisja całkowicie apolityczna” — przekonuje Kaczyński. To zdanie brzmiałoby wiarygodniej, gdyby nie wypowiadał go polityk, który przez lata konsekwentnie podporządkowywał kolejne instytucje państwa logice partyjnej lojalności. Mówienie o „całkowitej apolityczności” przez lidera ugrupowania, które uczyniło z centralizacji wpływów swój znak firmowy, zakrawa wręcz na ironię.
Jeszcze bardziej absurdalny jest pomysł, by Sejm — organ z definicji polityczny — miał wybierać skład komisji, która rzekomo ma być wolna od polityki. Kaczyński zapewnia, że „tam nie ma polityków”, bo kandydatów mają zgłaszać organizacje zawodowe. Ale kto będzie decydował o ostatecznym składzie? Parlament. Czyli politycy. Trudno o bardziej oczywistą sprzeczność. To trochę tak, jakby ogłosić konkurs na bezstronnego arbitra i od razu zastrzec, że zwycięzcę wskażą zainteresowane strony.
Niepokojące jest również systematyczne podważanie przez Kaczyńskiego zaufania do istniejących instytucji państwa. „Myślicie, że prokuratura Żurka to wyjaśni?! Nic z tych rzeczy” — grzmi prezes PiS. W jednym zdaniu przekreśla kompetencje prokuratury i sugeruje, że państwowe organy są z definicji niewiarygodne. To wyjątkowo wygodna strategia polityczna: jeśli instytucja dochodzi do wniosków zgodnych z linią PiS, można ją uznać za wiarygodną; jeśli nie — ogłasza się ją politycznie skażoną.
Szczególnie charakterystyczne dla Kaczyńskiego jest też budowanie atmosfery moralnej katastrofy. Mówi o „kradzieży na niemałą skalę”, o „zupełnym braku empatii”, o patologii rozlewającej się po systemie ochrony zdrowia. Oczywiście, problemy służby zdrowia są realne i często dramatyczne. Ale Kaczyński nie mówi o nich jak polityk zainteresowany reformą. Mówi jak strateg kampanii, który doskonale wie, że strach, gniew i oburzenie mobilizują elektorat skuteczniej niż rzeczowa analiza.
Największa hipokryzja ujawnia się jednak wtedy, gdy prezes PiS zaczyna opowiadać o kryzysie ochrony zdrowia, jakby obserwował go z zewnątrz. Tymczasem jego partia rządziła przez osiem lat. Osiem lat — to wystarczająco długo, by nie tylko diagnozować problemy, ale realnie je rozwiązywać. Czy za czasów PiS zniknęły kolejki? Czy skończył się chaos organizacyjny? Czy personel medyczny przestał alarmować o dramatycznych brakach kadrowych? Odpowiedź jest oczywista.
Kaczyński próbuje dziś zachowywać się jak surowy recenzent systemu, którego sam przez lata był współarchitektem. To polityczny paradoks graniczący z cynizmem. Najpierw współtworzyć rzeczywistość pełną strukturalnych zaniedbań, a potem występować w roli bezkompromisowego śledczego badającego cudze winy.
Szczególnie symptomatyczne jest zdanie, że komisja śledcza w obecnym Sejmie byłaby „tylko kpiną z prawdy”. To niezwykle wygodne. Gdy demokratyczne instytucje nie gwarantują oczekiwanego wyniku, należy stworzyć nowe — najlepiej takie, które da się lepiej kontrolować politycznie. W tej logice nie chodzi o dojście do prawdy. Chodzi o stworzenie alternatywnej sceny politycznego oskarżenia.
Jarosław Kaczyński od lat stosuje ten sam mechanizm: najpierw podważyć zaufanie do instytucji, potem zaoferować własne rozwiązanie jako jedyne uczciwe, a na końcu ogłosić się obrońcą obywateli. Problem w tym, że coraz trudniej traktować ten schemat poważnie.
Bo gdy człowiek, który przez lata centralizował władzę i osłabiał instytucjonalne bezpieczniki państwa, nagle zaczyna mówić o transparentności i zaufaniu publicznym, trudno nie dostrzec oczywistego. To nie jest troska o państwo. To jest polityczny spektakl cynizmu — i kolejna próba przykrycia własnej odpowiedzialności głośnym moralnym oburzeniem.










