Mateusz Morawiecki po raz kolejny próbuje sprzedać Polakom narrację, która z rzeczywistością ma niewiele wspólnego. Były premier, komentując inwestycje związane z Portem Polska (dawniej CPK), grzmi o „wyprzedaży polskiego przemysłu” i zarzuca obecnemu rządowi działanie przeciw krajowym firmom. Problem polega na tym, że te oskarżenia wypowiada człowiek, który przez lata sam odpowiadał za politykę gospodarczą państwa — i który dziś zachowuje się tak, jakby Polacy stracili pamięć.
Morawiecki mówi: „Premier gada o wsparciu polskiego przemysłu, tymczasem polski przemysł jest wyprzedawany”. To charakterystyczny styl byłego premiera — dużo emocji, proste hasła, zero autorefleksji. Słowo „gada” ma tutaj budować obraz rządu zajętego PR-em zamiast realną pracą. Tyle że podobny zarzut można z powodzeniem skierować właśnie pod adresem Morawieckiego. Przez lata jego specjalnością było przecież opowiadanie o spektakularnych sukcesach, które często istniały głównie w powerpointowych prezentacjach i konferencyjnych przemówieniach.
Morawiecki lubi dziś występować w roli obrońcy polskiego kapitału. Przekonuje, że „największe polskie kontrakty realizowane są przez firmy francuskie, niemieckie, austriackie, hiszpańskie”. Brzmi to efektownie, ale jest też głęboko populistyczne. W nowoczesnej gospodarce infrastrukturalnej wielkie projekty niemal zawsze realizowane są przez międzynarodowe konsorcja. Liczą się kompetencje, doświadczenie, zdolność finansowania i terminowość. Patriotyzm gospodarczy nie może oznaczać automatycznego zamykania rynku na zagraniczny kapitał, bo skończyłoby się to wzrostem kosztów, spadkiem konkurencji i pogorszeniem jakości.
Najbardziej uderzająca jest jednak skala politycznej amnezji byłego premiera. Morawiecki mówi dziś o „odziedziczonych po PiS potężnych środkach na inwestycje”, jakby CPK było niemal gotowym projektem pozostawionym następcom. Tymczasem przez lata rządów PiS Centralny Port Komunikacyjny stał się symbolem polityki wielkich obietnic. Gigantyczne wizualizacje, widowiskowe konferencje, wielomiliardowe deklaracje — i bardzo ograniczone realne postępy. PiS znakomicie sprzedawał marzenie o modernizacyjnym skoku, ale znacznie gorzej radził sobie z dowożeniem konkretów.
Morawiecki przekonuje również, że „największa polska firma budowlana jest eliminowana z premedytacją”. Takie sformułowania są niezwykle wygodne politycznie, bo sugerują spisek i świadome działanie przeciw polskim przedsiębiorstwom. Ale gdzie dowody? Czy rzeczywiście chodzi o polityczną eliminację, czy raczej o kwestie formalne i procedury przetargowe? W retoryce PiS fakty schodzą często na dalszy plan, ustępując miejsca sugestii, insynuacji i budowaniu poczucia krzywdy.
Szczególnie wymowne jest zdanie: „Niech te pieniądze wsiąkają w polską glebę gospodarczą”. To zręczna metafora, ale jednocześnie przykład języka, który ma bardziej poruszać emocje niż opisywać rzeczywistość. Morawiecki doskonale wie, że duże inwestycje infrastrukturalne zawsze generują skomplikowane łańcuchy dostaw, w których uczestniczą podmioty krajowe i zagraniczne. Próba przedstawienia tego jako prostego konfliktu „polskie kontra obce” to polityczny teatr.
Największy problem z Morawieckim polega jednak na czymś głębszym niż doraźna hipokryzja. Były premier od dawna funkcjonuje jako polityk narracji — człowiek, który potrafi opowiadać niemal każdą historię, niezależnie od faktów. Potrafił przedstawiać Polskę jako gospodarczą potęgę, gdy rosło zadłużenie. Potrafił mówić o strategicznej niezależności, gdy państwo uzależniało się od kolejnych transferów i funduszy. Dziś zaś kreuje się na strażnika polskiego przemysłu, choć sam przez lata nie zbudował trwałych mechanizmów wzmacniających krajowy kapitał.
Morawiecki nie jest już tylko politykiem opozycji. Stał się symbolem stylu uprawiania polityki, w którym pamięć obywateli uznaje się za krótki zasób, a każdą porażkę można przykryć nową opowieścią. Problem w tym, że gospodarka nie działa według praw propagandy. Liczby, inwestycje i kontrakty prędzej czy później weryfikują polityczne opowieści.
A Morawiecki? On nadal sprzedaje tę samą iluzję — że zawsze miał rację, zawsze ostrzegał i zawsze stał po właściwej stronie. Coraz trudniej jednak uwierzyć człowiekowi, który tak często mówił jedno, robił drugie, a pamiętać kazał tylko to, co było dla niego wygodne.










