W polityce są sytuacje, które wymagają powagi, chłodnej analizy i elementarnej uczciwości wobec opinii publicznej. Relacje polsko-ukraińskie — szczególnie w czasie wojny za naszą wschodnią granicą — należą właśnie do tej kategorii. Tym bardziej uderza cynizm Pawła Jabłońskiego, byłego wiceszefa MSZ z czasów rządów PiS, który dziś próbuje przedstawiać siebie jako surowego recenzenta polskiej dyplomacji, jak gdyby sam nie ponosił żadnej odpowiedzialności za błędy ostatnich ośmiu lat.
To właśnie najbardziej zdumiewający element jego wypowiedzi: skala politycznej amnezji.
Jabłoński przekonuje dziś, że Ukraina prowadzi wobec Polski „działania o charakterze nieprzyjaznym” i dodaje: „Jak się jest celem działań nieprzyjaznych, to stosuje się retorsję, czyli odpowiednie działania lustrzane”. Brzmi to twardo, niemal podręcznikowo. Problem polega na tym, że mówi to człowiek, który przez lata współtworzył politykę zagraniczną PiS — politykę pełną emocjonalnych gestów, ostrych deklaracji i symbolicznych awantur, ale dramatycznie ubogą w skuteczne narzędzia wpływu.
Bo zanim Paweł Jabłoński zacznie pouczać obecny rząd, warto przypomnieć jedno: to właśnie PiS przez osiem lat odpowiadał za kształt relacji z Ukrainą. To w czasach ich rządów nie rozwiązano sporów historycznych. To za ich kadencji nie wypracowano trwałego mechanizmu rozmowy o Wołyniu, pamięci historycznej i symbolach UPA. To właśnie wtedy budowano politykę opartą na doraźnym balansowaniu między strategicznym wsparciem dla Ukrainy a podgrzewaniem antyukraińskich emocji na potrzeby krajowej polityki.
Dziś Jabłoński zachowuje się tak, jakby spadł z księżyca.
Zadaje pytanie: „Co się wydarzyło przez te ostatnie tygodnie? Rząd nie zrobił nic”. To wyjątkowo wygodne oskarżenie. Zwłaszcza gdy wypowiada je polityk, który sam współtworzył resort spraw zagranicznych w czasach, gdy Polska stopniowo traciła zdolność budowania realnego wpływu w Europie.
Najbardziej kuriozalnie brzmi jego atak na Donalda Tuska. Jabłoński cytuje słowa premiera, że „dyplomacja nie przyniosła żadnych efektów”, i triumfalnie ogłasza, że to „najlepsza samokrytyka tego rządu”. Tyle że to klasyczny przykład politycznej manipulacji.
Tusk mówił o trudnym i delikatnym obszarze relacji historycznych z Ukrainą — obszarze, którego nie da się rozwiązać jednym komunikatem prasowym ani jedną konferencją. Jabłoński natomiast próbuje przedstawić każde niepowodzenie jako dowód nieudolności obecnego rządu, starannie przemilczając fakt, że problemy te są w ogromnej mierze spuścizną polityki PiS.
Jeszcze bardziej absurdalne są jego oskarżenia pod adresem polskiej dyplomacji. „Nie działa polska dyplomacja, ponieważ nie zajmuje się realizowaniem interesu polskiego” — mówi były wiceszef MSZ. To zdanie aż prosi się o pytanie: a czym zajmowała się dyplomacja pod jego nadzorem?
Czy realizacją polskiego interesu było ustawiczne popadanie w konflikty z partnerami z Unii Europejskiej? Czy wzmacnianie napięć z Berlinem, Brukselą i Paryżem zwiększało siłę Polski? Czy retoryka permanentnego obrażania sojuszników rzeczywiście budowała polską podmiotowość?
PiS przez lata sprzedawał Polakom mit „suwerennej polityki”. W praktyce oznaczało to często izolację, awanturnictwo i propagandowe gesty zamiast skutecznej dyplomacji. Jabłoński był jednym z architektów tej strategii. Dziś próbuje wmówić opinii publicznej, że wszystkie obecne problemy to wyłączna wina Tuska.
To nie jest poważna analiza. To próba ucieczki od odpowiedzialności.
Najbardziej niepokoi jednak coś innego. Jabłoński konsekwentnie używa języka eskalacji: retorsje, sankcje, ostrzejsze reakcje, mocniejsze sygnały. To język polityka, który zdaje się nie rozumieć, że w dyplomacji siła nie zawsze polega na najgłośniejszym krzyku.
Paweł Jabłoński próbuje dziś sprzedać prostą opowieść: PiS był twardy, Tusk jest miękki. Rzeczywistość jest znacznie mniej wygodna dla jego partii. To właśnie PiS zostawił po sobie niewyjaśnione konflikty, osłabione relacje i dyplomację zredukowaną do wojennej retoryki.
Dlatego gdy były wiceszef MSZ próbuje dziś wystawiać rachunek Tuskowi, warto pamiętać jedno: część tego rachunku została wystawiona przez niego samego. I właśnie od tej odpowiedzialności Paweł Jabłoński ucieka najgorliwiej.










