Mariusz Błaszczak po raz kolejny sięgnął po dobrze znany Prawu i Sprawiedliwości instrument polityczny: strach. Gdy brakuje realnych propozycji, gdy bilans własnych rządów staje się niewygodny, pozostaje retoryka oblężonej twierdzy, wielkie słowa o suwerenności i wskazywanie zewnętrznego zagrożenia.
Tym razem były minister obrony postanowił uderzyć w relacje polsko-ukraińskie, ogłaszając: „Z banderyzmem do Unii Europejskiej Ukraina nie wejdzie i tyle”.
To zdanie brzmi stanowczo. Problem w tym, że jest równie efektowne, co intelektualnie puste. Błaszczak nie proponuje bowiem żadnej realnej strategii rozwiązania historycznych sporów między Warszawą a Kijowem. Oferuje wyłącznie polityczny slogan — taki, który dobrze brzmi w telewizyjnym studiu i jeszcze lepiej mobilizuje najbardziej emocjonalny elektorat PiS.
Największa hipokryzja w tej wypowiedzi ujawnia się jednak wtedy, gdy przypomnimy prosty fakt: PiS rządził Polską przez osiem lat. Osiem lat. W tym czasie Mariusz Błaszczak należał do najważniejszych polityków obozu władzy — był ministrem spraw wewnętrznych, później ministrem obrony narodowej. Jeśli więc kwestia tzw. zakazu banderyzmu była dla niego tak fundamentalna, dlaczego nie doprowadził do jej rozwiązania wtedy, gdy miał pełnię władzy?
Prowadzący Polsat News słusznie przypomniał, że projekt ustawy PiS trafił do sejmowej „zamrażarki”. To wyjątkowo niewygodny fakt dla Błaszczaka. Bo obnaża klasyczny mechanizm działania PiS: kiedy rządzą — odkładają sprawę na półkę. Kiedy przechodzą do opozycji — zaczynają krzyczeć, że problem jest egzystencjalnym zagrożeniem dla państwa.
Błaszczak próbował tłumaczyć się, mówiąc: „Sytuacja rzeczywiście rozwijała się niepokojąco”. To wygodne rozmycie odpowiedzialności. Sytuacja sama się nie rozwijała. Politykę wobec Ukrainy współtworzył właśnie PiS. Jeśli więc relacje uległy pogorszeniu, były szef MON powinien zacząć od spojrzenia w lustro.
Jeszcze bardziej oburzające jest instrumentalne wykorzystywanie przez Błaszczaka tragedii wojny. Z jednej strony przypomina, że „ponad milion uchodźców, kobiet i dzieci zostało przyjętych w domach polskich rodzin”. To prawda — ale to był odruch społeczeństwa obywatelskiego, zwykłych Polaków, a nie osobisty sukces Mariusza Błaszczaka. Próba politycznego zawłaszczenia tej solidarności jest zwyczajnie cyniczna.
Błaszczak doskonale wie, że wojna Rosji przeciw Ukrainie to nie tylko konflikt regionalny, lecz fundamentalna kwestia bezpieczeństwa Polski. Sam przyznał: „Nam zależy na tym, żeby granica Polski z Rosją była krótsza, a nie dłuższa”. To akurat jedno z niewielu rozsądnych zdań, jakie padły w tej wypowiedzi. Tyle że właśnie ono obnaża absurd całej jego narracji.
Skoro bezpieczeństwo Polski wymaga silnej, niezależnej Ukrainy, to po co podgrzewać napięcia? Po co eskalować emocje? Po co rzucać hasła, które w praktyce osłabiają strategiczne partnerstwo? Odpowiedź jest brutalnie prosta: bo Błaszczak nie mówi dziś jak odpowiedzialny polityk państwowy. Mówi jak partyjny propagandysta.
Szczególnie groteskowo brzmi jego atak na rząd Donalda Tuska. „Rząd Donalda Tuska jest niesuwerenny” — stwierdził. To słowo, „suwerenność”, PiS przez lata zamienił w propagandowy wytrych. Każdy przeciwnik jest rzekomo zależny od Berlina, Brukseli lub Kijowa, podczas gdy PiS przedstawia siebie jako jedynego strażnika polskiej racji stanu.
Problem polega na tym, że za tą retoryką coraz częściej nie stoi nic poza politycznym teatrem. Błaszczak nie buduje bezpieczeństwa. Nie wzmacnia relacji międzynarodowych. Nie szuka rozwiązań dla trudnych kwestii historycznych. On nimi handluje.
I to jest dziś największy problem z Mariuszem Błaszczakiem. Jako były minister obrony powinien ważyć słowa szczególnie ostrożnie. Powinien rozumieć konsekwencje geopolityczne swoich wypowiedzi. Tymczasem zachowuje się jak polityk, który uznał, że narodowe traumy najlepiej nadają się do mobilizacji elektoratu.
To nie jest polityka odpowiedzialności. To polityka cynizmu.
A cynizm w sprawach bezpieczeństwa narodowego bywa groźniejszy niż zwykła niekompetencja.










