Jeszcze niedawno Zbigniew Ziobro próbował kreować się na politycznego wygnańca, ofiarę prześladowań i symbol walki z rzekomym „bezprawiem” obecnej władzy. Dziś ta narracja zaczyna się sypać.
Decyzja węgierskiego rządu o odebraniu statusu uchodźcy Marcinowi Romanowskiemu, Zbigniewowi Ziobrze oraz Patrycji Koteckiej-Ziobro jest wydarzeniem, które znacząco zmienia polityczny krajobraz wokół byłego ministra sprawiedliwości. Przede wszystkim pokazuje jedno: nawet najwierniejsi sojusznicy zaczynają kalkulować, czy dalsza ochrona polityków dawnej ekipy PiS nadal im się opłaca.
Formalnie utrata statusu uchodźcy nie oznacza natychmiastowego zatrzymania ani ekstradycji. To prawda. Ale politycznie znaczenie tej decyzji jest ogromne. Ziobro traci coś znacznie cenniejszego niż sam dokument pobytowy — traci symboliczny parasol ochronny. A w polityce symbole potrafią ważyć równie dużo jak decyzje prawne.
Przez wiele miesięcy obóz Ziobry budował opowieść o bohaterskim oporze wobec rzekomo upolitycznionego państwa Tuska. Azyl na Węgrzech miał być dowodem, że „świat widzi”, iż w Polsce dochodzi do nadużyć. Tyle że ten argument właśnie traci grunt pod nogami. Jeśli nawet rząd Viktora Orbána — jeden z najbliższych ideologicznych partnerów PiS w Europie — decyduje się cofnąć ochronę, trudno nie zadać pytania: co się zmieniło?
Odpowiedź może być bolesna dla Ziobry. Coraz więcej wskazuje na to, że jego pozycja polityczna i prawna słabnie szybciej, niż chciałby to przyznać. Kolejne tarcze ochronne zaczynają pękać. Zostaje retoryka — coraz ostrzejsza, coraz bardziej histeryczna i coraz mniej przekonująca.
Komentarz samego Ziobry jest tego najlepszym przykładem. Były minister grzmi, że rząd „boi się starcia przed sądem, na którego nie mają wpływu”. Zarzuca także władzom „manipulacje i łamanie przepisów prawa”. To klasyczny styl Ziobry: maksymalizacja oskarżeń, radykalizacja języka i próba odwrócenia uwagi od sedna sprawy.
Najbardziej wymowne są jednak jego kolejne słowa: „zarzuty są wyssane z palca — z brudnego palca Tuska i Żurka”. Takie sformułowania nie świadczą o sile argumentacji. Przeciwnie — sprawiają wrażenie politycznej desperacji. Gdy ktoś zamiast faktów coraz częściej sięga po inwektywy, zwykle oznacza to, że grunt pod nogami zaczyna się osuwać.
Ziobro przez lata budował swoją pozycję na wizerunku polityka nieugiętego, bezwzględnego i kontrolującego aparat państwa. Jako minister sprawiedliwości oraz prokurator generalny był symbolem twardej ręki. To on przez lata decydował o losach innych, inicjował śledztwa, stawiał zarzuty i budował narrację o konieczności bezwzględnego egzekwowania prawa. Ironia polityki polega na tym, że dziś sam znalazł się po drugiej stronie tego systemu.
I właśnie to może być dla niego najtrudniejsze do zaakceptowania.
Przez osiem lat Ziobro funkcjonował w świecie, w którym polityczna siła dawała realną kontrolę nad instytucjami. Dziś tej kontroli nie ma. Nie może już liczyć na bezwarunkową lojalność całego aparatu. Nie może zakładać, że każdy polityczny sojusznik pozostanie wierny do końca. Węgierska decyzja jest tego bolesnym przypomnieniem.
Warto też zauważyć, że sprawa ma wymiar szerszy niż osobiste problemy byłego ministra. To sygnał dla całego obozu dawnej Zjednoczonej Prawicy. Kończy się epoka przekonania, że polityczna osłona będzie trwała wiecznie. Coraz wyraźniej widać, że międzynarodowe kontakty, medialne występy czy ideologiczne sojusze nie zastąpią odpowiedzi na konkretne pytania prawne.
Kłopoty Ziobry stają się coraz poważniejsze nie dlatego, że przeciwnicy polityczni podnoszą temperaturę sporu. Stają się poważniejsze dlatego, że kruszy się konstrukcja, na której przez lata budował własne poczucie bezpieczeństwa.
Gdy kończy się ochrona, zaczyna się odpowiedzialność. A właśnie przed odpowiedzialnością Zbigniew Ziobro może już wkrótce stanąć w sposób, którego nie da się zagłuszyć nawet najbardziej agresywną retoryką.










