Mateusz Morawiecki znów próbuje wystąpić w roli strażnika polskiej pamięci historycznej. Tym razem były premier ostro zaatakował Donalda Tuska za rzekome milczenie wobec ukraińskich planów budowy Panteonu Narodowego. Oburzenie Morawieckiego wywołała zapowiedź uhonorowania postaci, które w polskiej pamięci jednoznacznie kojarzą się z UPA i zbrodnią wołyńską. Problem polega jednak na tym, że moralne oburzenie byłego premiera brzmi dziś wyjątkowo niewiarygodnie.
Morawiecki grzmi: „Donald Tusk zawsze znajdzie czas na głupawe filmiki i manipulacyjne tweety”. Dalej uderza jeszcze mocniej: „W sprawie Wołynia, UPA i Bandery nie potrzeba influencera od pizzy i żurku na TikToku! Potrzeba premiera, który broni polskiej pamięci i polskiej racji stanu!”. Brzmi bojowo. Tylko że wypowiada to człowiek, który przez lata sam prowadził politykę wobec Ukrainy pełną naiwności, ustępstw i strategicznych błędów.
To właśnie Morawiecki należał do grona polityków PiS, którzy budowali relacje z Kijowem w sposób skrajnie jednostronny. Warszawa pod jego rządami nie tylko wspierała Ukrainę militarnie i politycznie — co samo w sobie było zrozumiałe wobec rosyjskiej agresji — ale przez długi czas unikała twardego stawiania kwestii historycznych. Temat Wołynia był spychany na margines, gdy uznawano, że „geopolityka” wymaga milczenia. Dziś ten sam polityk próbuje przedstawiać się jako bezkompromisowy obrońca prawdy historycznej.
To klasyczny przykład politycznej amnezji. Morawiecki zachowuje się tak, jakby wyborcy nie pamiętali jego własnych decyzji, deklaracji i zaniechań. A przecież pamiętają. Pamiętają politykę bezwarunkowego wsparcia, często pozbawionego elementarnej asertywności. Pamiętają kolejne symboliczne gesty wobec Kijowa bez uzyskania realnych ustępstw w sprawach kluczowych dla polskiej pamięci narodowej.
Najbardziej uderza jednak coś innego: Morawiecki próbuje dziś obarczyć innych odpowiedzialnością za problemy, które sam współtworzył. To wygodna strategia polityczna. Najpierw przez lata prowadzi się miękką, nieskuteczną politykę, a później — już z opozycyjnych ław — wygłasza moralistyczne tyrady o racji stanu.
Trudno nie zauważyć tej hipokryzji. Gdy był premierem, miał wszystkie narzędzia, by wywierać realną presję dyplomatyczną. Mógł jasno postawić warunki. Mógł uzależniać część działań od postępów w dialogu historycznym. Mógł domagać się konkretów zamiast zadowalać się ogólnikami. Czy to zrobił? Historia pokazuje, że nie.
Dziś Morawiecki usiłuje pisać własną biografię na nowo. Chciałby, by opinia publiczna zapomniała, że był jednym z architektów polityki, która w relacjach z Ukrainą stawiała emocjonalne deklaracje ponad chłodną kalkulację interesów państwa. Problem w tym, że pamięć społeczna okazuje się bardziej trwała, niż zakładają politycy.
Nie oznacza to oczywiście, że kwestie Wołynia czy gloryfikacji UPA należy lekceważyć. Wręcz przeciwnie — są to sprawy fundamentalne dla polskiej pamięci historycznej i wymagają stanowczości. Ale stanowczość jest wiarygodna tylko wtedy, gdy nie staje się narzędziem doraźnej politycznej gry.
A właśnie to robi dziś Morawiecki. Używa bolesnej historii jako pałki przeciw politycznym przeciwnikom, próbując jednocześnie zamazać własną odpowiedzialność. To nie jest obrona pamięci. To polityczny marketing.
Były premier najwyraźniej liczy, że głośne słowa przykryją niewygodne fakty. Nie przykryją. Zanim Mateusz Morawiecki zacznie pouczać innych w sprawie Ukrainy, powinien odpowiedzieć na jedno podstawowe pytanie: dlaczego sam, mając pełnię władzy, nie potrafił prowadzić polityki, którą dziś tak głośno zaleca innym?
Bez tej odpowiedzi jego dzisiejsze tyrady pozostają tylko kolejnym spektaklem politycznej obłudy.










