Paweł Kukiz był kiedyś symbolem politycznego buntu. W 2015 roku tysiące wyborców widziało w nim człowieka, który miał rozbić skostniały układ partyjny, przewietrzyć polską politykę i odebrać władzę partyjnym aparatom. Miał mówić prawdę bez kalkulacji, stać po stronie obywateli, a nie politycznych central. Dziś trudno nie odnieść wrażenia, że po tamtym Kukizie pozostało już tylko nazwisko i coraz bardziej desperacka potrzeba politycznego przetrwania.
Jego ostatnie wypowiedzi pod adresem Donalda Tuska są tego najlepszym dowodem. W Kanale Zero Kukiz stwierdził: „Donald Tusk na początku wręcz oskarżył prezydenta Nawrockiego o jakieś psucie relacji polsko-ukraińskiej. To jest człowiek, dla którego 100 ponad tysięcy ofiar polskich nie ma jakiegoś szczególnego znaczenia”. To oskarżenie nie tylko brutalne, ale przede wszystkim skrajnie nieuczciwe.
Można spierać się o politykę wobec Ukrainy. Można różnić się w ocenie sposobu prowadzenia dialogu historycznego z Kijowem. Ale insynuowanie, że Donald Tusk lekceważy pamięć ofiar Wołynia, jest zwyczajnym nadużyciem. To nie jest polemika. To polityczna kalkulacja ubrana w moralne oburzenie.
I właśnie tu dochodzimy do sedna problemu. Paweł Kukiz coraz rzadziej sprawia wrażenie polityka kierującego się przekonaniami, a coraz częściej — człowieka gotowego powiedzieć wszystko, byle tylko pozostać potrzebnym Jarosławowi Kaczyńskiemu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że każde kolejne ostre wystąpienie, każda przesadzona teza i każda medialna prowokacja mają jeden cel: przypomnieć prezesowi PiS, że Kukiz wciąż może być użyteczny.
To smutna ewolucja. Antysystemowiec, który miał rozbijać partyjne układy, sam stał się ich zakładnikiem. Człowiek, który miał walczyć z politycznym cynizmem, dziś coraz częściej sam go uosabia.
Kukiz poszedł zresztą jeszcze dalej. Straszył, że jeśli Ukraina nie uzna jednoznacznie zbrodni UPA za ludobójstwo, „za chwileczkę możemy się spodziewać, że jakaś kompania reprezentacyjna wojsk ukraińskich otrzyma imię ‘SS Galizien’”. Tego rodzaju wypowiedź trudno traktować poważnie jako element odpowiedzialnej debaty. To klasyczny mechanizm politycznego straszenia: budowanie skrajnego, niemal absurdalnego scenariusza po to, by wzbudzić emocjonalną reakcję.
Tak działa populizm. Nie opiera się na analizie rzeczywistości, lecz na eskalowaniu lęków. Im mocniejszy obraz, im bardziej szokujące porównanie, tym większa szansa na nagłówek, viral i polityczny efekt. Problem polega na tym, że taka retoryka zatruwa debatę publiczną.
Szczególnie cyniczne jest instrumentalne wykorzystywanie pamięci o Wołyniu. To jedna z najtragiczniejszych kart polskiej historii — temat wymagający powagi, delikatności i odpowiedzialności. Tymczasem Kukiz używa go jak politycznej pałki. Każdy, kto nie wpisuje się w jego retorykę, zostaje natychmiast oskarżony o zdradę pamięci ofiar.
To nie jest troska o historię. To handel emocjami.
Najbardziej uderza jednak kontrast między dawnym Kukizem a obecnym. Ten pierwszy mówił o konieczności rozbijania partyjnych monopoli. Ten drugi coraz wyraźniej walczy o polityczny azyl pod skrzydłami PiS. Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by dostrzec, że bez wyborczej protekcji Kaczyńskiego jego polityczna przyszłość wyglądałaby wyjątkowo niepewnie.
I być może właśnie dlatego Paweł Kukiz coraz częściej podkręca ton. Im bardziej dramatyczne słowa, tym większa szansa, że zostaną zauważone. Im mocniejszy atak na Tuska, tym większa szansa na uznanie po stronie PiS.
Ale taka strategia ma swoją cenę. Każda kolejna przesadzona wypowiedź odbiera wiarygodność. Każdy kolejny polityczny spektakl oddala Kukiza od tego, kim miał być.
Historia polskiej polityki zna wiele przypadków polityków, którzy zaczynali jako buntownicy, a kończyli jako funkcjonariusze partyjnego aparatu. Paweł Kukiz coraz wyraźniej wpisuje się w ten schemat. Problem polega na tym, że dziś nie wygląda już jak człowiek walczący z systemem.
Coraz bardziej przypomina kogoś, kto zrobi wszystko, by system znalazł dla niego jeszcze jedno miejsce przy stole.










