Polska polityka w sprawach bezpieczeństwa od miesięcy przypomina teatr dwóch narracji. Z jednej strony jest odpowiedzialność, chłodna analiza interesów państwa i próba zachowania równowagi między solidarnością a własnym bezpieczeństwem. Z drugiej — polityczna histeria, uproszczenia i coraz bardziej desperackie próby Prawa i Sprawiedliwości, by każdą decyzję rządu Donalda Tuska przedstawić jako zdradę narodowych interesów. Wypowiedź premiera przed szczytem NATO w Ankarze dobrze pokazuje tę różnicę.
Donald Tusk powiedział rzecz, która dla każdego odpowiedzialnego polityka powinna być oczywista: Polska nie może składać kolejnych deklaracji finansowych wobec Ukrainy bez uwzględnienia własnych możliwości i własnych obowiązków. Nie oznacza to porzucenia Kijowa. Oznacza natomiast powrót do politycznej dojrzałości. Premier mówił jasno: „Uważam, że Polska ma bardzo duże obowiązki dotyczące całej wschodniej granicy Unii Europejskiej i wszyscy muszą wziąć to pod uwagę”.
To stanowisko trudno uznać za kontrowersyjne. Polska od początku wojny była jednym z najważniejszych filarów wsparcia Ukrainy — militarnie, logistycznie, politycznie i humanitarnie. Przyjęliśmy miliony uchodźców, uruchomiliśmy gigantyczne zaplecze transportowe, a nasza infrastruktura stała się kluczowym elementem zachodniej pomocy dla Kijowa. Tusk nie powiedział niczego antyukraińskiego. Powiedział jedynie, że Polska nie jest bezdennym workiem pieniędzy i zasobów.
To właśnie odróżnia poważną politykę od propagandowych uniesień PiS. Przez lata partia Jarosława Kaczyńskiego budowała wizerunek ugrupowania twardego i realistycznego, ale w praktyce coraz częściej sprowadza debatę publiczną do emocjonalnego szantażu. Każdy, kto nie powtarza sloganów o bezwarunkowym wsparciu lub nie przyjmuje retoryki permanentnego konfliktu, natychmiast staje się podejrzany.
PiS znalazł się dziś w pułapce własnej retoryki. Jeszcze niedawno politycy tej partii kreowali się na bezwarunkowych sojuszników Ukrainy. Dziś, pod wpływem nastrojów elektoratu i rosnącego zmęczenia wojną, próbują przejąć ton bardziej sceptyczny, lecz robią to w sposób chaotyczny i cyniczny. Jednego dnia oskarżają Tuska o rzekomą miękkość wobec Rosji, drugiego — flirtują z antyukraińskimi emocjami. W rezultacie nie oferują żadnej spójnej strategii.
Szczególnie niepokojące jest to, że PiS coraz częściej używa polityki zagranicznej jako narzędzia wewnętrznej wojny partyjnej. Zamiast wzmacniać pozycję Polski, osłabia ją. Zamiast budować wspólny front wobec Rosji, produkuje chaos komunikacyjny. To nie jest patriotyzm. To polityczny marketing.
Tusk trafnie zauważył także problem napięć w relacjach z Ukrainą. Powiedział: „Mam sygnały, że ukraińscy politycy zrozumieli, że eskalacja napięcia, której są sprawcami (…) rozpętała tę szkodliwą z punktu interesów Polski i Ukrainy awanturę”. To ważne, bo pokazuje, że rząd nie zamierza zamiatać trudnych tematów pod dywan. Relacje polsko-ukraińskie nie mogą opierać się wyłącznie na jednostronnych gestach dobrej woli.
Jednocześnie premier odrzucił język pogardy i politycznej agresji. „To już nie może być tak, że tylko Warszawa będzie prezentowała cały czas dobrą wolę. Ale chciałbym, aby to twarde stanowisko nie było nacechowane pogardą czy wrogością” — podkreślił. To zdanie powinno wybrzmieć szczególnie mocno.
Bo właśnie pogarda stała się dziś jednym z podstawowych narzędzi PiS. Pogarda wobec przeciwników politycznych, wobec partnerów europejskich, wobec każdego, kto nie mieści się w ich plemiennym podziale świata. Problem polega na tym, że taka polityka może mobilizować elektorat, ale fatalnie sprawdza się w dyplomacji.
Polska potrzebuje dziś nie krzyku, lecz rozsądku. Nie wojennej retoryki dla krajowej publiki, ale strategicznego myślenia. Tusk pokazuje, że można jednocześnie wspierać Ukrainę i stanowczo upominać się o interes Polski. PiS natomiast coraz częściej przypomina partię, która żyje konfliktem tak bardzo, że bez niego traci polityczny sens.
A państwo nie może być zakładnikiem partyjnej histerii. Zwłaszcza w czasach, gdy stawką jest bezpieczeństwo całej Europy.










