Jarosław Kaczyński po raz kolejny sięgnął po jeden ze swoich najbardziej sprawdzonych politycznych instrumentów: strach. Gdy brakuje świeżych pomysłów, gdy partia potrzebuje mobilizacji własnego elektoratu, a polityczna rzeczywistość staje się coraz mniej komfortowa, prezes PiS wraca do retoryki zagrożenia, oblężonej twierdzy i narodowego alarmu. Tym razem narzędziem stała się kwestia Ukrainy oraz bolesnej pamięci o Wołyniu.
W liście do działaczy PiS Kaczyński ogłosił: „Ukraina z kultem Bandery i innych zbrodniarzy, gloryfikacją UPA i OUN – nie wejdzie do Unii Europejskiej!”. Brzmi twardo, niemal wojennie. Problem polega jednak na tym, że nie mamy tu do czynienia z odpowiedzialną polityką historyczną ani poważną debatą o warunkach akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej. To przede wszystkim polityczny spektakl, w którym historyczna trauma staje się paliwem dla bieżącej walki partyjnej.
Nie ma żadnych wątpliwości: kult Bandery czy relatywizowanie zbrodni wołyńskiej to sprawy, które Polska ma prawo i obowiązek podnosić. Ale czym innym jest twarda dyplomacja, a czym innym cyniczne wykorzystywanie tragedii dziesiątek tysięcy ofiar do mobilizacji wyborców. Kaczyński doskonale wie, że temat Wołynia budzi w Polsce silne emocje. I właśnie dlatego po niego sięga — nie po to, by rozwiązywać problem, lecz by zarządzać społecznym gniewem.
Szczególnie uderza hipokryzja tej narracji. Ten sam Jarosław Kaczyński, którego obóz jeszcze niedawno przedstawiał się jako najbardziej proukraińska siła polityczna w Polsce, dziś próbuje ustawić się w roli strażnika polskiej pamięci, oskarżając przeciwników o naiwność i uległość. Przecież sam przypomina w liście, że rząd PiS prowadził „bezprecedensowe działania” wspierające Ukrainę, a Polska miała „ogromny wkład w uratowanie państwa ukraińskiego przed upadkiem”. Trudno nie zauważyć sprzeczności: skoro pomoc była tak słuszna i tak strategicznie ważna, to dlaczego dziś ta sama Ukraina staje się w retoryce PiS niemal egzystencjalnym zagrożeniem?
Odpowiedź jest brutalnie prosta: ponieważ Kaczyńskiemu potrzebny jest nowy front politycznej wojny. PiS od dawna funkcjonuje według prostego schematu — zawsze musi istnieć wróg zewnętrzny lub wewnętrzny. Kiedyś byli to uchodźcy, potem Bruksela, później Niemcy, Tusk, „elity”, „układ”, sędziowie. Dziś do tej listy dołączają Ukraińcy, a właściwie sam proces integracji Ukrainy z Europą.
Szczególnie groteskowo brzmi fragment o „dyktowanym Tuskowi z Berlina służalczym modelu jednostronnego podporządkowywania się interesom” Ukrainy. Kaczyński znów wraca do swojej ulubionej obsesji — Berlina jako centrum sterowania polską polityką. To retoryka dobrze znana: gdy brakuje argumentów merytorycznych, wystarczy rzucić hasło o niemieckim wpływie. Mechanizm jest stary, ale skuteczny, bo opiera się nie na faktach, lecz na emocjonalnych odruchach.
W istocie problem z polityką Kaczyńskiego polega na czymś głębszym niż tylko doraźny populizm. Prezes PiS od lat buduje wizję Polski, która ma funkcjonować w permanentnym stanie zagrożenia. Taka polityka nie potrzebuje spokoju ani kompromisu. Potrzebuje konfliktu, mobilizacji i poczucia krzywdy. Tylko wtedy może podtrzymywać własną energię.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że w tej strategii stawką staje się polska racja stanu. Polska ma pełne prawo stawiać Ukrainie trudne pytania o pamięć historyczną. Ale odpowiedzialne państwo nie prowadzi takiej polityki poprzez listy pisane pod potrzeby partyjnego elektoratu. Odpowiedzialne państwo działa przez dyplomację, negocjacje i konsekwentne budowanie wpływów.
Kaczyński znów wybiera inną drogę: eskalację emocji. To polityka krótkowzroczna, ale dobrze znana. Gdy rzeczywistość staje się niewygodna, najlepiej podsycić gniew i wskazać winnych. Problem w tym, że polityka oparta wyłącznie na resentymencie prowadzi donikąd. A historia uczy, że ci, którzy najgłośniej krzyczą o obronie narodowych interesów, nierzadko jako pierwsi podporządkowują je interesowi partyjnemu.










