W polskiej polityce coraz trudniej o głos rozsądku. Debata publiczna wokół relacji z Ukrainą została bowiem zdominowana przez emocjonalne okrzyki, tani populizm i licytację na antyukraińską retorykę. W tym coraz bardziej toksycznym krajobrazie Donald Tusk wyróżnia się czymś dziś rzadkim — odpowiedzialnością, politycznym realizmem i zdolnością do myślenia kategoriami interesu państwa, a nie doraźnego partyjnego zysku.
Sobotnia wypowiedź premiera była pokazem dojrzałego przywództwa. Tusk nie uciekł ani od trudnych tematów historycznych, ani od geopolitycznej rzeczywistości. Powiedział wprost to, co wielu próbuje przemilczeć: Rosja od dawna gra na skłócenie Warszawy i Kijowa. „Wiedzieliśmy, że Rosja będzie starała się na wszelkie możliwe sposoby skłócić i doprowadzić do konfliktów i politycznych, ale też takich emocjonalnych” — podkreślił premier.
To zdanie powinno wybrzmieć szczególnie mocno. Kreml doskonale rozumie, że osłabienie polsko-ukraińskiej współpracy byłoby strategicznym prezentem dla Władimira Putina. Każdy konflikt, każde wzajemne oskarżenie, każda polityczna awantura na linii Warszawa–Kijów działa na korzyść Moskwy. Tusk to rozumie. I właśnie dlatego nie pozwala sprowadzić całej sprawy do prostych, plemiennych haseł.
Jednocześnie premier nie popełnia błędu ślepego idealizowania Ukrainy. To odróżnia go zarówno od bezrefleksyjnych entuzjastów, jak i od cynicznych podżegaczy konfliktu. Tusk jasno zaznaczył, że istnieją również „obiektywne przyczyny” napięć, niezwiązane z rosyjską aktywnością. Wskazał rzecz fundamentalną: brak pełnego rozliczenia Ukrainy z trudnymi kartami własnej historii.
Premier powiedział to bez uników. Wołyń jest „najbardziej dramatycznym przykładem” problemu historycznej pamięci. Co ważne, Tusk nie użył tej tragedii jako politycznej pałki. Nie próbował grać cierpieniem ofiar dla zdobycia kilku punktów w sondażach. Zamiast tego postawił sprawę dojrzale: „Będziemy tłumaczyli stronie ukraińskiej, że ta nowoczesna wspólnota polityczna, jaką jest Europa, wymaga umiejętności i zdolności do rozliczenia się też z własną historią”.
W tych słowach zawiera się cała istota odpowiedzialnej polityki zagranicznej. Twardość bez histerii. Stanowczość bez nacjonalistycznej egzaltacji. Obrona polskiej pamięci bez niszczenia strategicznego partnerstwa.
To właśnie ta postawa sprawia, że Donald Tusk pozostaje dziś jednym z nielicznych polskich polityków zdolnych prowadzić poważną dyplomację. Nie przez przypadek to właśnie do niego zwrócił się były prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko. Juszczenko wystosował list utrzymany — jak relacjonował premier — „w bardzo serdecznym tonie”, apelując, „żebyśmy spróbowali popracować wspólnie nad tą przeszłością”.
To znaczący sygnał. Ukraińskie elity polityczne wiedzą, kto w Warszawie jest partnerem zdolnym do trudnej, ale konstruktywnej rozmowy. Nie partnerem od medialnych awantur, lecz od realnych rozwiązań.
Na tym tle szczególnie żałośnie wypadają politycy, którzy próbują budować kapitał polityczny na podsycaniu antyukraińskich emocji. Dla nich każdy historyczny spór staje się paliwem kampanijnym. Każde napięcie można sprzedać jako dowód własnej „twardości”. Problem w tym, że taka polityka jest nie tylko krótkowzroczna, ale zwyczajnie niebezpieczna.
Równie ważne są słowa prezydenta Ukrainy Wołodymyr Zełenski, który przypomniał, że Polskę i Ukrainę „łączy historia”, a oba kraje muszą myśleć przede wszystkim o bezpieczeństwie. „Mamy do czynienia z jednym agresorem” — powiedział Zełenski. Trudno o trafniejsze podsumowanie.
Donald Tusk pokazuje dziś, że można jednocześnie bronić polskiej racji stanu, domagać się prawdy historycznej i zachować strategiczny rozsądek. W czasach politycznych krzykaczy to cecha bezcenna.
Bo prawdziwy patriotyzm nie polega na nieustannym obrażaniu sąsiadów ani na podgrzewaniu resentymentów. Polega na ochronie bezpieczeństwa własnego państwa. A Tusk dobrze rozumie, że silna Polska potrzebuje zarówno historycznej prawdy, jak i stabilnych sojuszy.
To nie jest polityka słabości. To jest polityka państwowa w najlepszym znaczeniu tego słowa.










