Marcin Przydacz po raz kolejny udowadnia, że w polityce PiS granica między kontrolą władzy a zwykłym insynuowaniem dawno została zatarta. Zamiast rzeczowej debaty mamy dziś dobrze znany spektakl: rzucić oskarżenie, zasugerować układ, uruchomić medialny szum, a potem patrzeć, czy coś się przyklei. Nieważne, czy są dowody. Wystarczy cień podejrzenia. Resztę zrobi partyjna machina.
Tym razem celem ataku stał się Marcin Kierwiński. Pretekstem — sprawa badań wykonanych po głośnym wystąpieniu podczas obchodów Dnia Strażaka w maju 2024 roku. Przydacz wrócił do tej historii, próbując powiązać ją ze Szpitalem Południowym i rzekomym „salonikiem VIP dla polityków KO”. Już sam język tej wypowiedzi zdradza intencję: nie chodzi o wyjaśnienie czegokolwiek, lecz o wzbudzenie podejrzeń.
Mechanizm jest prosty i wyjątkowo cyniczny. Polityk PiS nie musi niczego udowadniać. Wystarczy, że zapyta: „A może?”, „Czy to przypadkiem nie…?”, „Czy badanie było wiarygodne?”. Tak działa polityka insynuacji. Sugestia zastępuje fakt, aluzja zastępuje dowód, a emocja ma zastąpić prawdę.
Przydacz pytał: „Czy był to SOR w Szpitalu Południowym? Czy badanie ‘nadzorował’ działacz KO?”. To nie są pytania zadawane w dobrej wierze. To klasyczna próba podważenia wiarygodności przeciwnika bez przedstawienia choćby jednego konkretnego dowodu. Innymi słowy: rzucić błotem i liczyć, że coś zostanie.
Marcin Kierwiński odpowiedział krótko, ale celnie. „Pan Przydacz to prawdziwy tuz z Kancelarii Prezydenta. Nawet proste, jednozdaniowe komunikaty są dla niego za trudne” — napisał. I trudno odmówić mu racji. Kierwiński musiał tłumaczyć rzeczy, które dla uczciwego obserwatora powinny być oczywiste. „Nigdy nie wykonywałem badań w Szpitalu Południowym. Prościej się nie da” — dodał minister.
To zdanie obnaża sedno problemu. Przydacz nie szuka odpowiedzi. Przydacz potrzebuje insynuacji. Bo polityka PiS od lat opiera się na jednym podstawowym mechanizmie: jeśli nie ma skandalu, trzeba go stworzyć. Jeśli nie ma afery, trzeba ją zasugerować. Jeśli przeciwnik nie popełnił błędu, należy wytworzyć atmosferę, w której będzie wyglądał podejrzanie.
Nie jest przypadkiem, że właśnie politycy PiS tak chętnie operują półsłówkami. To wygodne. Oskarżenie wprost rodzi odpowiedzialność. Insynuacja — już nie. Można potem rozłożyć ręce i powiedzieć: „Przecież tylko pytaliśmy”. To stara polityczna sztuczka, ale w wykonaniu PiS doprowadzona do perfekcji.
Marcin Przydacz jest dziś jednym z najbardziej charakterystycznych przedstawicieli tego stylu. Dużo sugestii, dużo politycznego dymu, mało faktów. Coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który bardziej dba o viral w mediach społecznościowych niż o powagę urzędu, który reprezentuje. A przecież człowiek związany z Kancelarią Prezydenta powinien wnosić do debaty publicznej choć minimum odpowiedzialności.
Tymczasem obserwujemy coś odwrotnego — próbę permanentnego podgrzewania politycznej temperatury. To strategia obliczona na polaryzację, konflikt i chaos. Problem polega na tym, że społeczeństwo coraz lepiej rozpoznaje te mechanizmy. Coraz trudniej sprzedać zwykłą insynuację jako „dociekliwość”.
Kierwiński w tej sprawie zachował spokój i rzeczowość. Nie wdawał się w histerię, nie budował teorii spiskowych, nie odpowiadał propagandą na propagandę. I właśnie dlatego jego reakcja była tak skuteczna. Kilka prostych zdań wystarczyło, by pokazać, że cała narracja Przydacza opiera się na politycznej mgle.
A mgła, jak wiadomo, prędzej czy później opada. Gdy opadnie, zostaje tylko jedno pytanie: ile jeszcze razy politycy PiS będą próbowali zastępować fakty insynuacjami? W przypadku Marcina Przydacza odpowiedź wydaje się brutalnie prosta — tak długo, jak długo będą wierzyć, że chaos jest skuteczniejszy od prawdy.










