Jarosław Kaczyński po raz kolejny zrobił to, co od lat stanowi fundament politycznej strategii Prawa i Sprawiedliwości: sięgnął po strach, moralną panikę i emocjonalny szantaż. Wystąpienie w Kłodzku, podczas konwencji #PrzebudzeniePL, nie było próbą rzeczowej debaty o państwie, bezpieczeństwie czy jakości instytucji publicznych. Było kolejnym pokazem polityki opartej na demonizowaniu przeciwników i budowaniu prostego, wygodnego podziału na „nas” — dobrych, moralnych, patriotycznych — oraz „ich” — złych, zdemoralizowanych i stojących poza cywilizacją.
Kaczyński mówił: „Dobry rząd to dobrzy ludzie”, po czym natychmiast przeszedł do oskarżeń pod adresem rządzącej koalicji, twierdząc, że „są tam ludzie źli i ludzie bardzo źli”. Trudno o bardziej prymitywną próbę sprowadzenia polityki do moralitetu dla dzieci. Nie ma tu miejsca na argumenty, fakty czy analizę. Jest za to klasyczny zabieg propagandowy: przeciwnika trzeba odczłowieczyć, przypisać mu najgorsze intencje i odrzeć z jakiejkolwiek legitymacji do sprawowania władzy.
Szczególnie bulwersujące jest to, że prezes PiS posługuje się tragediami i skandalami kryminalnymi jako paliwem politycznym. Zestawianie afery pedofilsko-zoofilskiej z Kłodzka ze sprawą warszawskiego Szpitala Południowego nie służy wyjaśnianiu czegokolwiek. To czysta manipulacja. Kaczyński mówił, że „między tymi wydarzeniami jest pewien związek”, ponieważ „wiele osób musiało o tym wiedzieć”. To retoryka insynuacji — rzucenie oskarżenia bez konieczności przedstawienia dowodów. Wystarczy zasugerować układ, zmowę, moralny rozkład. Resztę dopowie wyobraźnia odbiorcy.
To nie jest przypadek. Jarosław Kaczyński od lat uprawia politykę opartą na podejrzeniu i atmosferze permanentnego zagrożenia. Zawsze gdzieś czai się wróg: układ, elity, Bruksela, Niemcy, Tusk, media, sędziowie. Dziś do tej galerii dopisywani są kolejni „moralni degeneraci”, których należy napiętnować. Problem polega na tym, że taka narracja zatruwa życie publiczne. Zamiast sporu o rozwiązania mamy coraz brutalniejszy spektakl oskarżeń i pogardy.
Szczególnie uderzają słowa Kaczyńskiego, że politycy koalicji są „poza kulturą, która leży u podstaw całego naszego porządku we wszystkich krajach cywilizowanych”. To retoryka niebezpieczna, bo odbierająca politycznym przeciwnikom status uczestników wspólnoty. Jeśli ktoś jest „poza kulturą” i „poza cywilizacją”, to przestaje być po prostu rywalem politycznym — staje się zagrożeniem, które należy wyeliminować. Historia uczy, że taki język nigdy nie prowadzi do niczego dobrego.
Największa ironia polega jednak na tym, że moralne tyrady Kaczyńskiego brzmią szczególnie fałszywie w ustach lidera partii, która sama ma ogromny bagaż politycznej odpowiedzialności. To PiS przez lata budował system lojalności ważniejszej niż kompetencje. To PiS tolerował skandale, dopóki nie stawały się politycznie niewygodne. To PiS regularnie używał prokuratury i mediów publicznych jako narzędzi partyjnej wojny. Trudno więc traktować obecne kazania prezesa jako coś więcej niż próbę odzyskania moralnej przewagi utraconej przez lata własnych nadużyć.
Kaczyński próbuje dziś wrócić do starego, sprawdzonego modelu mobilizacji: przestraszyć własny elektorat i przekonać go, że stawką wyborów jest nie tylko władza, ale wręcz cywilizacyjne przetrwanie Polski. Problem w tym, że ta retoryka coraz częściej przypomina polityczne zużycie. Coraz mniej w niej diagnozy rzeczywistości, coraz więcej obsesji i powtarzanych od lat klisz.
Polska potrzebuje dziś sporu ostrego, ale uczciwego. Potrzebuje debaty o gospodarce, bezpieczeństwie, demografii, edukacji. Nie potrzebuje kolejnych politycznych kazań wygłaszanych tonem moralnego absolutu. Jarosław Kaczyński zdaje się tego nie rozumieć — albo rozumie aż za dobrze i świadomie wybiera politykę pogardy. W obu przypadkach problem jest poważny. Bo gdy lider największej partii opozycyjnej buduje kapitał polityczny na nienawiści i moralnej histerii, płaci za to cała wspólnota.










