Historia o rzekomej próbie otrucia Karola Nawrockiego podczas kampanii wyborczej miała zapewne budować aurę politycznego męczeństwa. Zamiast jednak wzbudzić współczucie czy powagę, wywołała przede wszystkim zdumienie — a w wielu miejscach również śmiech. Trudno się temu dziwić. Kiedy polityka zaczyna przypominać mieszankę thrillera szpiegowskiego, horroru klasy B i partyjnej propagandy, ironia staje się nie tylko dopuszczalna, ale wręcz konieczna.
W książce Skąd się wziął Karol Nawrocki, będącej wywiadem-rzeką prof. Andrzeja Nowaka z obecnym prezydentem, czytamy relację, która bardziej pasowałaby do sensacyjnego serialu niż do poważnej debaty publicznej. „Straciłem przytomność”, „kompulsywnie wymiotowałem”, „wyglądało to jak Egzorcysta” — opowiada Nawrocki. Opis jest barwny, dramatyczny, wręcz filmowy. Problem polega na tym, że wraz z emocjami nie pojawiają się żadne twarde fakty.
Nie ma wyników badań toksykologicznych. Nie ma ustaleń służb. Nie ma dowodów. Jest za to sugestia, coraz mocniej podsuwana przez środowisko PiS, że oto kandydat na prezydenta mógł paść ofiarą zamachu. To nie pierwszy raz, gdy prawica buduje polityczny przekaz na niedopowiedzeniach, insynuacjach i atmosferze zagrożenia. Od lat PiS żywi się narracją oblężonej twierdzy — Polski otoczonej przez wrogów, spiskowców, agentów i ukryte siły zła. Im mniej dowodów, tym więcej emocji.
W tym kontekście reakcja Andrzeja Stankiewicza była potrzebna. Dziennikarz Onetu zastosował narzędzie, którego politycy szczególnie nie lubią — szyderstwo. Uderzył w samą konstrukcję tej opowieści, obnażając jej absurd. „Nawrocki pokazuje, że Putin chciał go otruć” — ironizował. Dalej dodał: „mamy prezydenta, który przeżył zamach z ręki Putina”. To oczywiście celowa hiperbola, ale trafnie punktująca mechanizm działania propagandy.
Stankiewicz nie zakpił z czyjegoś cierpienia. Zakpił z politycznego teatru. A to zasadnicza różnica.
PiS od lat próbuje monopolizować patriotyzm i moralną powagę, jednocześnie oczekując, że każda absurdalna teza wypowiedziana przez ich polityków będzie traktowana z nabożnym szacunkiem. Tymczasem demokracja zakłada coś odwrotnego: także władza, także prezydent, także partyjni ideolodzy muszą liczyć się z krytyką, kpiną i pytaniami.
Najbardziej niepokojące jest jednak co innego. Ta historia pokazuje, jak głęboko środowisko PiS weszło w logikę permanentnej psychozy politycznej. Wszystko musi mieć drugie dno. Każde zasłabnięcie może być zamachem. Każda choroba — próbą eliminacji. Każdy krytyk — uczestnikiem spisku. Taka polityka nie buduje zaufania społecznego. Ona produkuje paranoję.
To szczególnie groźne dziś, gdy Polska stoi przed realnymi wyzwaniami geopolitycznymi. W sytuacji wojny za wschodnią granicą potrzeba odpowiedzialności, chłodnej analizy i odporności na dezinformację. Tymczasem PiS znów wybiera emocjonalny spektakl. Zamiast powagi — melodramat. Zamiast faktów — sugestie. Zamiast odpowiedzialności — mitologia.
Karol Nawrocki powinien wiedzieć, że urząd prezydenta wymaga czegoś więcej niż budowania legendy własnej niezwyciężoności. Państwo nie potrzebuje bohatera komiksowego odpornego na trucizny Putina. Potrzebuje przywódcy zakorzenionego w rzeczywistości.
Dlatego krytyka Stankiewicza była uzasadniona. W demokracji śmiech bywa formą obrony przed politycznym absurdem. Bywa ostatnim bezpiecznikiem chroniącym debatę publiczną przed całkowitym zanurzeniem w świecie fantazji.
PiS najwyraźniej liczy na to, że emocja zastąpi dowód, a legenda zastąpi prawdę. Ale problem z legendami jest taki, że prędzej czy później zderzają się z rzeczywistością. A ta bywa bezlitosna.
I właśnie dlatego drwina Stankiewicza zabolała tak mocno. Bo czasem jedno celne szyderstwo potrafi zrobić z propagandą więcej niż sto poważnych analiz.










