Politycy uwielbiają mówić o wspieraniu przedsiębiorców. W kampaniach wyborczych prześcigają się w obietnicach niższych podatków, prostszych przepisów i końca biurokratycznej gehenny. A potem przychodzi rzeczywistość. I okazuje się, że najłatwiej wspierać przedsiębiorców… podczas konferencji prasowych. Znacznie trudniej wtedy, gdy na biurko trafiają ustawy, które naprawdę mają coś uprościć.
Karol Nawrocki najwyraźniej doszedł do wniosku, że najlepszą metodą deregulacji jest… regulowanie jej za pomocą prezydenckiego weta.
Minister finansów Andrzej Domański nie pozostawił w tej sprawie wątpliwości. „Niestety wiele z tych projektów zostało zawetowanych przez pana prezydenta, konkretnie 21 zmian deregulacyjnych”. Dwudziestu jeden. Nie jednej. Nie trzech. Nie kilku. Dwudziestu jeden projektów, które miały uczynić państwo mniej uciążliwym dla obywateli.
To imponująca konsekwencja. Gdyby równie skutecznie likwidowano zbędne przepisy, Polska mogłaby znaleźć się w europejskiej czołówce państw przyjaznych biznesowi. Zamiast tego mamy prezydenta, który zdaje się uważać, że każda uproszczona procedura odbiera urzędnikom sens życia.
Najciekawsze jest jednak to, co właściwie zostało zablokowane. Deregulacja Kodeksu karnego skarbowego. Zmiany w ordynacji podatkowej. Ograniczenie papierologii. Mniej formalności. Łatwiejsze prowadzenie działalności gospodarczej.
Brzmi groźnie? Tylko dla tych, którzy wierzą, że przedsiębiorca powinien więcej czasu spędzać nad formularzami niż nad prowadzeniem firmy.
Domański zwrócił uwagę na jeszcze jeden element. „Pan prezydent zawetował również zmiany, które chociażby ograniczały nieproporcjonalność niektórych sankcji za nieumyślne błędy przedsiębiorców”.
To zdanie mówi więcej niż setki politycznych przemówień. Państwo miało przestać traktować uczciwego przedsiębiorcę, który pomylił się w dokumentach, niemal jak zawodowego oszusta podatkowego. Dla prezydenta najwyraźniej nie był to wystarczający argument.
Oczywiście zawsze można powiedzieć, że prezydent ma prawo wetować ustawy. Ma. Tak samo jak kierowca ma prawo nacisnąć hamulec. Problem zaczyna się wtedy, gdy robi to za każdym razem, kiedy samochód zaczyna nabierać prędkości.
Jeszcze większy paradoks polega na tym, że Karol Nawrocki jednocześnie apeluje o „rozwiązania systemowe”. Brzmi to bardzo poważnie. W polityce słowo „systemowy” często pełni funkcję zaklęcia. Ma sprawić wrażenie głębokiej refleksji i odpowiedzialności. Tylko że rozwiązania systemowe nie powstają od samego powtarzania tego zwrotu. Powstają dzięki ustawom. A tych prezydent niejednokrotnie postanowił nie przepuszczać.
Można odnieść wrażenie, że w Pałacu Prezydenckim narodziła się nowa filozofia rządzenia: deregulację najlepiej wspierać, blokując deregulację.
Na szczęście po drugiej stronie tego sporu słychać głos rozsądku. Andrzej Domański nie urządza politycznego spektaklu, lecz zapowiada dalszą pracę. „To wszystko były złe decyzje ze strony prezydenta (…) nas to w żaden sposób nie zniechęca, będziemy dalej kontynuować”.
I bardzo dobrze. Bo państwo nie istnieje po to, by udowadniać obywatelowi, że urzędnik zawsze wie lepiej. Powinno działać odwrotnie – usuwać przeszkody, upraszczać przepisy i ograniczać absurdy.
Maciej Berek przypomniał, że ponad 160 zmian prawa weszło już w życie, a rząd przeprocedował około dwóch trzecich spośród 347 zapowiedzianych reform. To pokazuje, że deregulacja nie jest marketingowym sloganem, lecz rzeczywistym kierunkiem zmian. Każde kolejne prezydenckie weto oznacza jednak, że część tych reform ląduje w politycznej zamrażarce.
Być może Karol Nawrocki wierzy, że silne państwo to państwo z grubszym kodeksem, większą liczbą formularzy i surowszymi sankcjami. Problem polega na tym, że przedsiębiorcy marzą o czymś dokładnie odwrotnym. Chcą państwa, które nie przeszkadza im zarabiać, inwestować i tworzyć miejsca pracy.
Historia rzadko nagradza polityków, którzy stają się symbolami blokowania zmian. Łatwiej zapamiętać tych, którzy otwierali drzwi, niż tych, którzy stali w nich z ręką na klamce i powtarzali: „jeszcze nie teraz”.
Jeżeli Karol Nawrocki chce zapisać się jako prezydent rozwoju, powinien przestać kolekcjonować weta jak trofea. Bo dziś coraz bardziej przypomina nie strażnika jakości prawa, lecz strażnika status quo. A status quo jest zazwyczaj najwierniejszym sojusznikiem biurokracji.
Nie ma nic odważnego w obronie papierologii. Nie ma nic państwowotwórczego w utrudnianiu życia przedsiębiorcom. I nie ma nic odpowiedzialnego w blokowaniu reform tylko dlatego, że ich autorzy siedzą po drugiej stronie politycznej barykady. Jeśli prezydent naprawdę chce być arbitrem, powinien oceniać ustawy po ich jakości, a nie po partyjnych metkach.










