Przemysław Czarnek ma polityczny talent, którego trudno mu odmówić. Potrafi pojawić się na miejscu każdego kryzysu szybciej niż komisja ekspertów, szybciej niż wyniki badań i często szybciej niż ktokolwiek zdąży ustalić fakty. Zanim padną odpowiedzi na pytanie „co się wydarzyło?”, były minister edukacji już wie, kto jest winny. To metoda znana od lat: najpierw oskarżenie, potem – jeśli w ogóle – analiza.
Katastrofa ekologiczna na Bobrze jest tragedią. Z rzeki i zbiornika odłowiono od 15 do nawet 19 ton śniętych ryb. To obraz, który budzi niepokój i wymaga rzetelnego wyjaśnienia. W takich momentach społeczeństwo oczekuje chłodnej analizy, ustalenia przyczyn i wyciągnięcia wniosków. Tymczasem Przemysław Czarnek postanowił urządzić konferencję prasową, która bardziej przypominała wiec wyborczy niż odpowiedzialną debatę o ochronie środowiska.
Polityk PiS ogłosił rozpoczęcie „wielkich kontroli”, zanim opinia publiczna poznała pełny obraz sytuacji. Jeszcze mocniej zabrzmiały jego oskarżenia pod adresem kierownictwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska.
„Te dwie panie (…), które walczą o renaturyzację rzek, o środowisko, są winne temu, że stąd do tej pory wydobyto 15 ton śniętych ryb.”
To niezwykle poważny zarzut. Problem polega na tym, że w momencie jego formułowania trwało jeszcze ustalanie przyczyn katastrofy. Nawet inwestor przekonywał, że skala zjawiska była niemożliwa do przewidzenia. Zamiast poczekać na wyniki analiz ekspertów, Czarnek wydał polityczny wyrok. To coraz bardziej charakterystyczny sposób uprawiania polityki: fakty mają jedynie potwierdzić wcześniej przygotowaną narrację.
Jeszcze bardziej zaskakuje ton wystąpienia byłego ministra edukacji.
„Piękne tereny, zbiornik Pilchowice, zapora, rzeka Bóbr i potężna katastrofa.”
Trudno oprzeć się wrażeniu, że ekologiczna tragedia stała się dla polityka przede wszystkim okazją do kolejnego ataku na rząd. Oczywiście opozycja ma obowiązek patrzeć władzy na ręce. Powinna domagać się wyjaśnień i wskazywać ewentualne zaniedbania. Ale czym innym jest kontrola, a czym innym wydawanie wyroków przed zakończeniem dochodzenia.
Szczególnie uderza łatwość, z jaką Czarnek domaga się dymisji.
„Te same panie, które dzisiaj powinny natychmiast podać się do dymisji.”
Natychmiast. Bez zakończonych ekspertyz. Bez raportów. Bez ustalenia odpowiedzialności. W politycznym świecie Przemysława Czarnka odpowiedzialność zdaje się działać tylko w jedną stronę – wobec przeciwników politycznych.
Paradoks polega na tym, że politycy PiS bardzo często apelowali o powściągliwość wtedy, gdy sami znajdowali się u władzy. Przypominali, że nie należy ferować wyroków przed zakończeniem postępowań i że trzeba poczekać na ustalenia specjalistów. Dziś te same standardy wydają się już nie obowiązywać. Gdy tylko pojawia się okazja do uderzenia w obecny rząd, cierpliwość ustępuje miejsca politycznemu widowisku.
Nie sposób nie zauważyć również charakterystycznej retoryki Czarnka. Zamiast mówić o faktach, woli mówić o „kompletnej indolencji” i „niekompetencji”. Zamiast wyjaśniać mechanizmy katastrofy ekologicznej, buduje prosty przekaz: są dobrzy i źli, są winni i oskarżyciele. Tyle że rzeczywistość rzadko jest tak czarno-biała.
Katastrofa na Bobrze wymaga odpowiedzi na wiele pytań. Czy spuszczanie wody ze zbiornika mogło zostać przeprowadzone inaczej? Czy wszystkie procedury zostały zachowane? Czy prognozy hydrologiczne były właściwie analizowane? Czy inwestor podjął odpowiednie środki ostrożności? To pytania, na które powinny odpowiedzieć instytucje państwa oraz niezależni eksperci, a nie politycy wygłaszający oskarżenia przed kamerami.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że tragedie ekologiczne coraz częściej stają się paliwem politycznej wojny. Martwe ryby nie powinny być argumentem w kampanii. Powinny być sygnałem alarmowym, który skłania wszystkich do współpracy ponad podziałami. Tymczasem Przemysław Czarnek po raz kolejny pokazał, że znacznie lepiej czuje się w roli oskarżyciela niż polityka szukającego rozwiązań.
Polityka potrzebuje dziś mniej konferencji prasowych z gotowymi wyrokami, a więcej odpowiedzialności. Katastrofy ekologiczne nie znikną od mocnych słów ani od kolejnych żądań dymisji. Znikną wtedy, gdy ich przyczyny zostaną rzetelnie zbadane, a wnioski rzeczywiście wdrożone. Tego jednak nie osiąga się krzykiem. I właśnie dlatego wystąpienie Przemysława Czarnka bardziej przypominało polityczny spektakl niż poważną troskę o stan polskiej przyrody.










