Polska polityka widziała już wielu byłych premierów, którzy nie potrafili pogodzić się z utratą władzy. Mateusz Morawiecki postanowił jednak pójść o krok dalej. Choć jego partia pozostaje w opozycji, a kandydatem PiS na premiera jest dziś Przemysław Czarnek, były szef rządu snuje wizje… składu własnego gabinetu. Trudno o lepszy przykład politycznego życia w alternatywnej rzeczywistości.
„Gdybym znowu był premierem, Zbigniew Ziobro nie byłby ministrem sprawiedliwości” – oznajmił Morawiecki w rozmowie z Żurnalistą. Zdanie brzmi efektownie, ale rodzi zasadnicze pytanie: na jakiej podstawie były premier układa dziś skład rządu, którego powstanie nie ma obecnie żadnych realnych politycznych perspektyw? PiS nie sprawuje władzy, nie dysponuje większością parlamentarną, a nawet we własnym obozie wskazał już innego polityka jako kandydata na premiera.
Można odnieść wrażenie, że Morawiecki bardziej niż analizą bieżącej sytuacji zajmuje się odgrywaniem roli premiera w politycznym trybie przypuszczającym. Problem polega na tym, że wyborcy oczekują odpowiedzi na pytania dotyczące przyszłości Polski, a nie kolejnych rozważań o hipotetycznych gabinetach, które istnieją wyłącznie w wyobraźni ich autorów.
Jeszcze ciekawsze od samej deklaracji jest jednak to, co mówi ona o kondycji Prawa i Sprawiedliwości. Przez lata Zbigniew Ziobro należał do najważniejszych postaci obozu Zjednoczonej Prawicy. Nawet gdy relacje między nim a Morawieckim były napięte, PiS unikał publicznego kwestionowania jego pozycji. Dziś były premier otwarcie przyznaje, że nie widziałby go ponownie na stanowisku ministra sprawiedliwości.
„Nasza współpraca nie układała się najlepiej, mówiąc eufemistycznie” – powiedział Morawiecki. To wyjątkowo łagodne określenie konfliktu, który przez lata był jedną z najważniejszych osi napięć wewnątrz obozu władzy. Jednocześnie były premier starał się złagodzić wydźwięk swojej wypowiedzi, podkreślając, że Ziobro znajduje się „w trudnej sytuacji życiowej” i dlatego nie chce go atakować.
Tyle że polityczne znaczenie tej deklaracji pozostaje oczywiste. Jeżeli jeden z liderów PiS publicznie mówi, że nie powierzyłby Ziobrze resortu sprawiedliwości, oznacza to, że były minister przestał być oczywistym kandydatem do najważniejszych funkcji państwowych. Innymi słowy – niezależnie od współczucia dla jego sytuacji osobistej – jego polityczna pozycja w obozie prawicy wyraźnie osłabła.
Morawiecki próbował jednocześnie zachować równowagę. Z jednej strony odciął się od pomysłu ponownego powierzenia Ziobrze ministerstwa. Z drugiej zapewnił: „Będę bronił jego dzisiaj w obliczu tego reżimu Żurka, Tuska”. To charakterystyczna dla PiS próba pogodzenia dwóch przekazów jednocześnie: politycznego dystansu wobec dawnego sojusznika i równoczesnego utrzymania jedności wobec wspólnego przeciwnika.
Najbardziej wymowne jest jednak to, czego Morawiecki nie powiedział. Nie padła deklaracja, że Ziobro pozostaje jednym z najważniejszych polityków przyszłego obozu władzy. Nie usłyszeliśmy zapewnienia, że po ewentualnym zwycięstwie wyborczym wróci do kierowania wymiarem sprawiedliwości. Wręcz przeciwnie – były premier jednoznacznie wykluczył taki scenariusz.
To pokazuje, jak bardzo zmieniły się wewnętrzne relacje na prawicy. Jeszcze kilka lat temu podobna wypowiedź byłaby nie do pomyślenia. Dziś przechodzi niemal bez echa, choć w praktyce oznacza przyznanie, że polityczna przyszłość Ziobry w PiS stoi pod dużym znakiem zapytania.
Morawiecki najwyraźniej uznał, że łatwiej opowiadać o hipotetycznych nominacjach ministerialnych niż odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jego partia pozostaje w opozycji i dlaczego jej notowania są znacznie niższe niż w czasach, gdy sam kierował rządem. Tymczasem wyborcy oczekują przede wszystkim wiarygodnego programu i przekonującej wizji państwa, a nie personalnych rozważań dotyczących gabinetu, którego powołanie pozostaje czysto teoretyczne.
Polityka nie jest konkursem politycznej fantazji. O składzie rządu decydują wyborcy, większość parlamentarna i realne możliwości utworzenia gabinetu. Dopóki tych elementów brakuje, opowieści o tym, kto zostałby ministrem, a kto nie, brzmią bardziej jak ćwiczenie z historii alternatywnej niż poważna propozycja dla obywateli. A jeśli przy okazji jeden z liderów PiS daje do zrozumienia, że Zbigniew Ziobro nie wróciłby już do Ministerstwa Sprawiedliwości, to jest to również czytelny sygnał, że dawny filar obozu prawicy nie zajmuje już miejsca, które zajmował jeszcze kilka lat temu.










