Jarosław Kaczyński od dawna prowadzi polską politykę według jednej, sprawdzonej recepty. Gdy brakuje argumentów, pojawiają się podejrzenia. Gdy fakty okazują się niewygodne, zastępują je pytania sugerujące zdradę. A gdy trzeba rozmawiać o bezpieczeństwie państwa, lider PiS po raz kolejny wybiera język politycznej wojny.
Tak właśnie wygląda jego reakcja na decyzję o przekazaniu Ukrainie pocisków do systemu Patriot.
Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz przedstawił przebieg całej procedury bez wielkich słów i bez politycznego teatru. Wyjaśnił, że decyzję podjęto „na wniosek i prośbę sekretarza generalnego NATO, dowództwa sił amerykańskich w Europie oraz dowódcy sił połączonych i amerykańskich w Europie”, po konsultacjach z państwami użytkującymi system Patriot. To opis działania państwa funkcjonującego w ramach sojuszu wojskowego, a nie samotnej decyzji jednego ministra.
Jarosław Kaczyński najwyraźniej uznał jednak, że taki przekaz jest zbyt mało emocjonujący.
„Nasi sojusznicy ostrzegają o zagrożeniu Polski z powietrza, po czym rząd Tuska i Kosiniaka-Kamysza po cichu, bez zgody obywateli, rozdaje kluczowe, strategiczne pociski do obrony przeciwlotniczej innemu państwu” – napisał.
A chwilę później padło zdanie, które najlepiej pokazuje styl uprawiania polityki przez prezesa PiS: „Najwyraźniej obaj panowie mają polski interes za nic! Pytanie brzmi: w czyim interesie działają?”.
To nie jest zwykła krytyka rządu. To sugestia, że premier i minister obrony mogą kierować się interesem innym niż polski. Tyle że między politycznym oskarżeniem a jego udowodnieniem istnieje ogromna różnica. Kaczyński tej różnicy od lat zdaje się nie dostrzegać.
Nie pierwszy raz zresztą. Przez lata z podobnych insynuacji uczynił niemal znak firmowy swojej polityki. Zamiast przekonywać argumentami, woli pozostawić w przestrzeni publicznej pytanie, które ma działać jak polityczna trucizna. Nie trzeba niczego udowadniać. Wystarczy zasiać podejrzenie. Resztę zrobią emocje.
Paradoks tej sytuacji jest wręcz uderzający.
To przecież rząd Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego przekazał Ukrainie uzbrojenie warte wielokrotnie więcej niż obecny gabinet. PiS wysyłał czołgi, armatohaubice Krab, systemy przeciwlotnicze, amunicję i ogromne ilości sprzętu wojskowego. Wówczas przekonywano, że jest to konieczne, ponieważ bezpieczeństwo Ukrainy oznacza bezpieczeństwo Polski.
I mieli rację.
Dlaczego więc dziś podobne decyzje stają się powodem do politycznej histerii? Odpowiedź wydaje się prosta. Zmieniła się nie strategia bezpieczeństwa państwa, lecz układ miejsc w sejmowych ławach. To, co było odpowiedzialnością, gdy decyzje podejmował PiS, dziś przedstawiane jest jako niemal zdrada stanu, bo decyzję podjął rząd Donalda Tuska.
Tak właśnie rodzi się polityczna hipokryzja.
Najbardziej niepokoi jednak coś innego. Polska znajduje się na wschodniej flance NATO. Za naszą granicą trwa wojna. W takich warunkach lider największej partii opozycyjnej powinien ważyć każde słowo. Zamiast tego po raz kolejny wybiera retorykę, która podkopuje zaufanie do instytucji państwa i sugeruje obywatelom, że własny rząd działa przeciwko interesowi Polski.
Można krytykować każdą decyzję ministra obrony. Można pytać o skalę pomocy dla Ukrainy, o sposób jej finansowania czy o tempo odbudowy zapasów. To wszystko są uzasadnione pytania. Ale czymś zupełnie innym jest budowanie atmosfery podejrzeń bez przedstawienia dowodów.
Jarosław Kaczyński przez lata przedstawiał się jako polityk odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa. Tym bardziej zaskakuje, że dziś sam rozsadza zaufanie do instytucji, które powinny działać ponad partyjnymi podziałami. Trudno bowiem wyobrazić sobie skuteczną politykę obronną, jeśli każdą decyzję wojskową natychmiast zamienia się w paliwo wyborczej kampanii.
Państwo nie staje się silniejsze od coraz ostrzejszych wpisów w mediach społecznościowych. Staje się silniejsze od odpowiedzialnych decyzji, współpracy z sojusznikami i spokojnej debaty o faktach. Kaczyński zdaje się jednak wierzyć, że więcej politycznych korzyści przynosi wzbudzanie lęku niż budowanie zaufania. To strategia, która może mobilizować najtwardszy elektorat, ale nie buduje bezpiecznej Polski. Buduje jedynie kolejne mury między Polakami.










