Mateusz Morawiecki po raz kolejny postanowił wystąpić w roli strażnika narodowej pamięci. Brzmi to efektownie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że były premier coraz częściej traktuje historię nie jako przestrzeń odpowiedzialnej refleksji, lecz jako wygodne narzędzie bieżącej walki politycznej. W jego przekazie wszystko jest czarno-białe: są patrioci i są ci, którzy rzekomo chcą „fałszować historię”. Problem w tym, że polityka zagraniczna nie jest konkursem na najostrzejsze hasło.
Spór między Warszawą a Kijowem dotyczący pamięci o UPA i zbrodni wołyńskiej jest realny. Decyzja władz ukraińskich o nadaniu jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” czy zapowiedzi dotyczące Narodowego Panteonu budzą w Polsce uzasadnione emocje. Trudno oczekiwać, by państwo polskie pozostawało wobec takich działań obojętne. Pamięć o ofiarach rzezi wołyńskiej nie podlega politycznym negocjacjom.
Ale właśnie dlatego potrzeba odpowiedzialności, a nie politycznej licytacji.
Morawiecki napisał: „Zełenski popełnia poważny błąd. Kult UPA i Bandery to nie jest «wewnętrzna sprawa Ukrainy», tylko policzek wymierzony w pamięć polskich ofiar. Nie będzie zgody na fałszowanie historii, gloryfikowanie ludobójców i budowanie przyszłości na kłamstwie o Wołyniu”.
Trudno spierać się z samym stwierdzeniem, że gloryfikacja sprawców zbrodni jest nie do zaakceptowania. Problem zaczyna się wtedy, gdy tak skomplikowany temat zostaje sprowadzony do kolejnego materiału wyborczego. Bo warto przypomnieć, że przez lata, gdy Mateusz Morawiecki był premierem, relacje z Ukrainą również wymagały nieustannego balansowania między pamięcią historyczną a strategicznym bezpieczeństwem Polski. Wówczas również pojawiały się napięcia dotyczące ekshumacji, interpretacji historii czy symboliki UPA. Nie były one jednak przedstawiane jako dowód całkowitego fiaska relacji z Kijowem.
Dziś ton byłego premiera jest znacznie ostrzejszy. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zmieniła się nie tyle historia, ile polityczna rola jej komentatora.
Największym paradoksem jest to, że Morawiecki doskonale wie, jak ogromne znaczenie ma Ukraina dla bezpieczeństwa Polski. To jego rząd należał do najaktywniejszych zwolenników pomocy wojskowej dla Kijowa po rosyjskiej inwazji. To on wielokrotnie przekonywał europejskich partnerów, że obrona Ukrainy oznacza również obronę Polski. Dzisiaj coraz częściej mówi językiem, który zaostrza emocje, zamiast szukać sposobów ich rozładowania.
Nie oznacza to oczywiście, że Polska ma milczeć wobec kultu Bandery czy UPA. Wręcz przeciwnie. Warszawa ma pełne prawo stanowczo domagać się szacunku dla pamięci ofiar Wołynia. Powinna jednak robić to w sposób, który wzmacnia jej pozycję międzynarodową, a nie zamienia każdą historyczną kontrowersję w kolejny odcinek krajowej kampanii politycznej.
Tymczasem były premier coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który bardziej walczy z krajowymi przeciwnikami niż przekonuje ukraińskich partnerów. Historia staje się kolejnym elementem sporu z rządem, a nie punktem wyjścia do budowania skutecznej strategii wobec Kijowa.
Sytuacji nie ułatwia fakt, że równolegle trwa ostry konflikt wokół przekazania Ukrainie pocisków do systemu Patriot. W efekcie kwestie bezpieczeństwa i pamięci historycznej zaczynają się mieszać, choć powinny być rozpatrywane oddzielnie. Można jednocześnie stanowczo domagać się prawdy o Wołyniu i rozumieć, że niepodległa Ukraina pozostaje kluczowym elementem bezpieczeństwa Polski wobec agresywnej polityki Rosji.
Polityka wymaga umiejętności godzenia racji moralnych z racjami strategicznymi. Morawiecki zdaje się dziś wybierać prostsze rozwiązanie: mocne hasła i jednoznaczne oskarżenia. Tyle że od byłego premiera można oczekiwać czegoś więcej niż efektownych wpisów w mediach społecznościowych. Można oczekiwać odpowiedzialności za słowo, świadomości konsekwencji i zdolności prowadzenia trudnej polityki bez nieustannego podgrzewania emocji.
Historia Wołynia zasługuje na pamięć, szacunek i prawdę. Nie zasługuje natomiast na to, by stawać się kolejnym rekwizytem w politycznej walce. A właśnie taki wniosek coraz częściej nasuwa się po kolejnych wystąpieniach Mateusza Morawieckiego.










