Jarosław Kaczyński od lat lubi przedstawiać siebie jako polityka odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa. To właśnie wokół tego hasła budował swoją wiarygodność i przekonywał Polaków, że tylko jego obóz jest w stanie skutecznie chronić kraj przed zewnętrznymi zagrożeniami.
Tym większy paradoks obserwujemy dziś. W chwili, gdy za naszą wschodnią granicą trwa wojna, a Polska pozostaje jednym z filarów wschodniej flanki NATO, prezes PiS prowadzi politykę, która bardziej przypomina próbę osłabienia zaufania do własnego państwa niż odpowiedzialną debatę o bezpieczeństwie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla Jarosława Kaczyńskiego liczy się już nie interes Polski, lecz polityczna okazja do uderzenia w rząd.
Spór o przekazanie Ukrainie pocisków PAC-3 do systemu Patriot jest tego najlepszym przykładem. Zamiast rzeczowo dyskutować o wojskowych konsekwencjach tej decyzji, lider PiS postanowił sięgnąć po swoją ulubioną metodę – insynuację. Napisał, że Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz mają „polski interes za nic”, a następnie zadał pytanie: „W czyim interesie działają?”. To nie jest zwykła krytyka polityczna. To sugestia, że najwyżsi przedstawiciele polskiego rządu mogą działać przeciwko interesowi własnego państwa. Tak poważnych oskarżeń nie rzuca się bez twardych dowodów. Tymczasem Kaczyński żadnych dowodów nie przedstawił. Pozostawił jedynie podejrzenie, licząc zapewne, że zrobi ono swoje.
Nic dziwnego, że Marcin Kierwiński odpowiedział równie stanowczo. Minister spraw wewnętrznych odwrócił pytanie prezesa PiS i powiedział: „Ja muszę powiedzieć, że zastanawiam się, w czyim interesie działa pan poseł Kaczyński”. To nie była wyłącznie efektowna riposta. Była to próba zwrócenia uwagi na coś znacznie poważniejszego – na odpowiedzialność za słowa w czasie wojny toczącej się tuż obok Polski. Kierwiński nie poprzestał zresztą na tej odpowiedzi. Dodał, że „to, co wyprawia Kaczyński i cała jego kamaryla, jest sprzeczne z polskim interesem narodowym”, a rozpoczynanie takiej debaty nazwał wręcz „zdradą polskiego bezpieczeństwa”. Można uznać te słowa za ostre, ale trudno nie zauważyć, że odpowiadają one ostrości zarzutów postawionych wcześniej przez prezesa PiS.
Najbardziej uderza jednak skala politycznej hipokryzji. Jeszcze kilka lat temu ten sam Jarosław Kaczyński przekonywał, że pomoc dla Ukrainy jest polską racją stanu. To jego rząd wysyłał do Kijowa czołgi, armatohaubice Krab, amunicję i ogromne ilości sprzętu wojskowego. Ówcześni ministrowie tłumaczyli, że każda rosyjska porażka na Ukrainie zwiększa bezpieczeństwo Polski. Była to logika przekonująca i zgodna z interesem naszego państwa. Dzisiaj, gdy podobne decyzje podejmuje inny rząd, nagle okazuje się, że ta sama polityka jest przedstawiana jako zagrożenie dla kraju. Nie zmieniła się geografia. Nie zmieniła się Rosja. Nie zmieniły się cele Kremla. Zmienił się jedynie adres kancelarii premiera. To właśnie dlatego zarzut Kierwińskiego o „gigantycznej hipokryzji” brzmi wyjątkowo przekonująco.
Minister zadał zresztą pytanie, od którego politycy PiS od miesięcy uciekają: „Co to za gigantyczna hipokryzja? To znaczy wtedy było dobrze, teraz jest źle, czy może punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?”. Trudno o trafniejsze podsumowanie obecnej strategii opozycji. Kiedy decyzje podejmował rząd PiS, przekazywanie uzbrojenia Ukrainie było przedstawiane jako dowód odpowiedzialności i dalekowzroczności. Gdy podobne decyzje podejmuje koalicja Donalda Tuska, stają się one pretekstem do oskarżeń o działanie przeciwko Polsce. Takie podejście nie świadczy o trosce o bezpieczeństwo państwa. Świadczy wyłącznie o podporządkowaniu wszystkiego bieżącej walce politycznej.
Niepokoi również to, że Jarosław Kaczyński coraz częściej wykorzystuje kwestie bezpieczeństwa jako narzędzie mobilizacji własnego elektoratu. W demokracji o sprawach obronności można i trzeba dyskutować. Można pytać o skalę pomocy dla Ukrainy, tempo odbudowy zapasów czy szczegóły współpracy z sojusznikami. Nie wolno jednak budować politycznego przekazu na sugestii, że własny rząd działa w interesie obcych państw, jeśli nie przedstawia się żadnych dowodów na poparcie tak poważnych oskarżeń. Takie słowa osłabiają zaufanie obywateli do instytucji państwa i są dokładnie tym, czego oczekują od Polski ci, którym zależy na podważaniu naszej jedności.
Kierwiński przypomniał również myśl Józefa Piłsudskiego o Ukrainie jako państwie oddzielającym Polskę od rosyjskiego imperializmu. Można spierać się o bieżące relacje z Kijowem, domagać się prawdy o Wołyniu i stanowczo reagować na działania ukraińskich władz, które ranią pamięć historyczną Polaków. Nie zmienia to jednak faktu, że niepodległa Ukraina pozostaje jednym z najważniejszych elementów bezpieczeństwa naszego regionu. Tę zależność rozumiały kolejne polskie rządy, także te kierowane przez PiS. Dziś prezes tej partii zdaje się o niej zapominać, ponieważ bardziej opłaca mu się prowadzenie politycznej wojny z Donaldem Tuskiem niż obrona konsekwentnie realizowanej przez lata polskiej strategii.
Jarosław Kaczyński wielokrotnie powtarzał, że polityk powinien kierować się przede wszystkim racją stanu. W sprawie Ukrainy coraz trudniej dostrzec tę zasadę w jego działaniach. Zamiast odpowiedzialnej debaty proponuje emocje, zamiast argumentów – podejrzenia, a zamiast budowania narodowej wspólnoty w sprawach bezpieczeństwa – kolejną odsłonę politycznej wojny. Polska nie potrzebuje dziś takich spektakli. Potrzebuje odpowiedzialności, konsekwencji i świadomości, że bezpieczeństwo państwa nie może być kolejnym narzędziem walki o kilka punktów procentowych w sondażach.










