Przemysław Czarnek po raz kolejny udowodnił, że w polskiej polityce czuje się najlepiej wtedy, gdy może odegrać rolę prześladowanego obrońcy narodu. Tym razem powodem do kolejnego aktu politycznego teatru stało się wezwanie przed sejmową Komisję Etyki Poselskiej. Reakcja kandydata PiS na premiera była natychmiastowa i łatwa do przewidzenia. Zamiast spokojnie wyjaśnić sprawę, ogłosił, że oto padł ofiarą zamachu na wolność słowa.
„Absurd? To dopiero początek” – napisał w mediach społecznościowych. Dodał również, że „nie zamierzam cofnąć ani jednego słowa” i że „nie będę milczał”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Czarnek od dawna nie prowadzi polityki, lecz nieustanną kampanię opartą na poczuciu oblężenia. W jego opowieści zawsze istnieje jakiś prześladowca i zawsze on sam występuje jako jedyny odważny obrońca Polski.
Problem polega na tym, że Komisja Etyki Poselskiej nie jest sądem cenzury ani instytucją zakazującą głoszenia poglądów. Jej zadaniem jest ocena, czy parlamentarzyści przestrzegają standardów debaty publicznej i zasad obowiązujących w Sejmie. Samo wezwanie nie oznacza przecież ani skazania, ani odebrania prawa do wypowiedzi. Polityk, który aspiruje do stanowiska premiera, powinien doskonale rozumieć tę różnicę.
Czarnek woli jednak budować narrację o politycznych represjach. Twierdzi, że „chroni się autorów skandalicznych wypowiedzi, a próbuje uciszać tych, którzy stają w obronie polskiej historii i dobrego imienia bohaterów Armii Krajowej”. To wygodna konstrukcja, bo pozwala uniknąć rozmowy o własnym języku i własnej odpowiedzialności za słowa.
Nie ulega wątpliwości, że wypowiedź wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego dotycząca UPA wywołała kontrowersje. Sam minister mówił o UPA jako formacji, która „walczyła o niepodległość Ukrainy”, określając jej członków jako „trochę takich ukraińskich żołnierzy niezłomnych”, jednocześnie przypominając o zbrodni wołyńskiej. To temat niezwykle delikatny i wymagający precyzji. Nic dziwnego, że wywołał szeroką debatę.
Ale czym innym jest spór historyczny, a czym innym polityczna histeria. Czarnek błyskawicznie zażądał dymisji rządu i mówił wręcz o „zdradzie narodowej”. W jego świecie niemal każda kontrowersyjna wypowiedź przeciwnika urasta do rangi zagrożenia dla istnienia państwa. Inflacja wielkich słów sprawia jednak, że z czasem przestają one cokolwiek znaczyć.
Były minister edukacji od lat stosuje tę samą metodę. Nie przekonuje argumentami, lecz podnosi temperaturę sporu. Zamiast odpowiadać na słowa rozmówców, przypisuje im najgorsze intencje. Zamiast zachęcać do refleksji, mobilizuje własny elektorat poczuciem permanentnego zagrożenia. To skuteczna strategia wyborcza, ale fatalny sposób prowadzenia debaty publicznej.
Najbardziej paradoksalne jest to, że Czarnek przedstawia siebie jako obrońcę wolności słowa. Tymczasem przez lata jako minister edukacji wielokrotnie próbował wpływać na działalność szkół, organizacji społecznych czy instytucji naukowych zgodnie z własną wizją ideologiczną. Dziś każdy przejaw krytyki wobec własnych wypowiedzi określa mianem politycznego nacisku.
Polityk, który chce zostać premierem, powinien wykazywać się czymś więcej niż umiejętnością wygłaszania ostrych deklaracji. Powinien rozumieć, że odpowiedzialność za słowa dotyczy wszystkich — także jego samego. Wezwanie przed Komisję Etyki nie jest zamachem na demokrację. Jest elementem demokratycznych procedur funkcjonujących w parlamencie.
Czarnek oczywiście ma pełne prawo bronić pamięci Armii Krajowej. Nikt rozsądny tego nie kwestionuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy każdą różnicę interpretacyjną przedstawia jako atak na Polskę, a każdą próbę oceny własnych wypowiedzi jako przejaw prześladowania. Taka polityka nie wzmacnia wspólnoty. Ona ją nieustannie dzieli.
Im częściej Przemysław Czarnek kreuje się na męczennika życia publicznego, tym bardziej zaciera granicę między odpowiedzialnym przywództwem a politycznym spektaklem. A Polska potrzebuje dziś polityków, którzy potrafią obniżać temperaturę sporów, a nie tych, którzy żyją wyłącznie z ich podsycania.











