Jeszcze niedawno zapewniali, że tworzą zjednoczoną drużynę, która ma naprawiać państwo. Dziś trudno o bardziej wymowny obraz politycznej porażki niż publiczna wymiana ciosów między Mateuszem Morawieckim a środowiskiem Zbigniewa Ziobry. To nie jest spór o wizję Polski. To spóźnione rozliczenie ludzi, którzy przez osiem lat wspólnie sprawowali władzę, a teraz próbują zrzucić odpowiedzialność jedni na drugich.
Mateusz Morawiecki podczas rozmowy z Żurnalistą przyznał, że jego współpraca z Ziobrą „nie układała się najlepiej, mówiąc eufemistycznie”. Trudno o bardziej dyplomatyczne określenie relacji, które przez lata paraliżowały funkcjonowanie rządu. Konflikt między premierem a ministrem sprawiedliwości nie był przecież tajemnicą. Wielokrotnie przenosił się do mediów, wpływał na proces legislacyjny i osłabiał pozycję Polski zarówno w kraju, jak i za granicą.
Najbardziej znamienne jest jednak to, że Morawiecki dopiero dziś otwarcie przyznaje, iż nie chciałby ponownego powrotu Ziobry do Ministerstwa Sprawiedliwości. „Nie chciałbym, żeby z powrotem był ministrem sprawiedliwości. I nie zgodzę się, żeby z powrotem ministrem sprawiedliwości był ten sam minister sprawiedliwości” – powiedział były premier.
To słowa, które rodzą oczywiste pytanie: skoro Ziobro był tak złym ministrem, dlaczego Morawiecki przez lata współtworzył z nim rząd? Dlaczego akceptował kolejne decyzje swojego koalicjanta i firmował je własnym nazwiskiem? Dziś łatwo odcinać się od politycznego partnera. Znacznie trudniej było zdobyć się na taki krok wtedy, gdy naprawdę miało to znaczenie.
Jednocześnie były premier nie zrezygnował z retoryki dobrze znanej z czasów rządów PiS. Stwierdził, że będzie bronił Ziobry przed „reżimem Żurka, Tuska”, który – jego zdaniem – „na pewno nie zapewniłby jemu jakiegokolwiek sprawiedliwego wyroku”. Takie sformułowania brzmią efektownie na partyjnych wiecach, ale niewiele mają wspólnego z odpowiedzialną debatą o państwie prawa. Jeśli ktoś twierdzi, że polskie sądy z definicji nie są zdolne do uczciwego procesu, powinien przedstawić konkretne dowody, a nie ograniczać się do politycznych etykiet.
Nie mniej wymowna była odpowiedź obozu Ziobry. Michał Wójcik przypomniał Morawieckiemu, kto naprawdę rozdaje karty w Prawie i Sprawiedliwości. „To nie Mateusz Morawiecki będzie decydował o tym, kto będzie układał ewentualnie przyszły nasz rząd, tylko prezes zwycięskiej partii, czyli Jarosław Kaczyński” – stwierdził. W jednym zdaniu obnażył rzeczywisty układ sił. Morawiecki może snuć wizje przyszłego gabinetu, ale ostateczne decyzje i tak należą do prezesa PiS.
Jeszcze bardziej zaskakuje kolejna teza Wójcika. Według niego „Zbigniew Ziobro był najlepszym ministrem sprawiedliwości w historii, po Lechu Kaczyńskim”. To ocena, która pozostaje wyłącznie polityczną deklaracją. Kadencja Ziobry była jedną z najbardziej kontrowersyjnych w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. To właśnie w tym okresie narastały spory dotyczące reform sądownictwa, relacji Polski z instytucjami europejskimi oraz niezależności części organów państwa. Przedstawianie tego bilansu jako bezdyskusyjnego sukcesu oznacza ignorowanie ogromnych kontrowersji, które towarzyszyły tym zmianom.
Dzisiejszy konflikt pokazuje przede wszystkim skalę politycznej hipokryzji obu stron. Morawiecki próbuje przedstawiać się jako polityk, który od początku dostrzegał błędy Ziobry. Tymczasem przez lata wspólnie tworzyli rząd i wspólnie odpowiadali za jego decyzje. Ziobryści z kolei udają, że były premier nie miał żadnego wpływu na politykę państwa, a jedynym autorytetem pozostaje Jarosław Kaczyński.
Obie narracje nie wytrzymują konfrontacji z faktami. Osiem lat rządów PiS było wspólnym projektem Morawieckiego, Ziobry i Kaczyńskiego. Sukcesy i porażki należą do nich wszystkich. Nie da się dziś wiarygodnie przekonywać wyborców, że odpowiedzialność ponosi wyłącznie polityczny partner, z którym przez lata dzieliło się władzę.
Dlatego obecny spór bardziej przypomina walkę o przyszłe wpływy niż uczciwe rozliczenie przeszłości. Zamiast refleksji nad własnymi błędami obserwujemy przerzucanie się odpowiedzialnością i budowanie nowych podziałów wewnątrz tego samego obozu. Dla wyborców to przede wszystkim dowód, że jedność Zjednoczonej Prawicy była znacznie bardziej krucha, niż przez lata próbowali przekonywać jej liderzy.










