Są granice politycznego sporu, których odpowiedzialni przywódcy nie powinni przekraczać. Jedną z nich jest podważanie autorytetu służb mundurowych tylko dlatego, że wykonują obowiązujące przepisy. Jarosław Kaczyński po raz kolejny postanowił jednak zbudować polityczny spektakl na konflikcie z państwem, które – paradoksalnie – przez wiele lat sam współtworzył. Tym razem jego celem stała się policja. Ostra reakcja ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego była nie tylko uzasadniona, ale wręcz konieczna.
Podczas kolejnej miesięcznicy smoleńskiej policja nie dopuściła polityków PiS do złożenia wieńca bezpośrednio przed pomnikiem Lecha Kaczyńskiego. Powód był prosty – w tym miejscu odbywało się legalnie zgłoszone zgromadzenie doraźne. Funkcjonariusze nie działali arbitralnie ani politycznie. Wykonywali obowiązki wynikające z przepisów prawa. Państwo prawa właśnie na tym polega – zasady obowiązują wszystkich, niezależnie od nazwiska, funkcji czy politycznych zasług.
Jarosław Kaczyński zareagował jednak niezwykle ostro. Stwierdził, że „mamy do czynienia w istocie w tej chwili z bojówkami rządzącej partii, a nie z policją”. To oskarżenie wyjątkowo ciężkiego kalibru. Sugerowanie, że tysiące funkcjonariuszy Policji stały się partyjną bojówką, nie jest zwykłą polityczną przesadą. To uderzenie w zaufanie do jednej z najważniejszych instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli.
Jeszcze bardziej niepokojące były kolejne słowa prezesa PiS. Kaczyński mówił o konieczności stworzenia „jakiejś gwardii obywatelskiej, która będzie bardzo zdecydowana”, a policjanci mieliby wiedzieć, że „muszą wykonywać swoje obowiązki”. Tego rodzaju retoryka budzi poważne wątpliwości. Historia Europy pokazuje, że wszelkie pomysły budowania równoległych struktur siłowych wobec legalnych służb państwowych prowadziły do destabilizacji życia publicznego, a nie do jego uspokojenia.
Prezes PiS poszedł jeszcze dalej, sugerując, że osoby organizujące zgromadzenie mogą działać „na zlecenie rosyjskie, czy też może jakiegoś innego państwa graniczącego z Polską”. Tak poważne oskarżenia padły bez przedstawienia jakichkolwiek dowodów. W demokratycznym państwie prawa nie można publicznie przypisywać obywatelom współpracy z obcymi służbami wyłącznie dlatego, że korzystają z przysługujących im praw.
Na tym tle reakcja Marcina Kierwińskiego była stanowcza, ale adekwatna do sytuacji. Minister napisał: „To hańba, że były wicepremier ds. bezpieczeństwa atakuje funkcjonariuszy i polski mundur. Policja dba o porządek publiczny i bezpieczeństwo każdego obywatela. Czasy polityków ponad prawem, panie Kaczyński, minęły.” Trudno nie zgodzić się z tą oceną. Policjant wykonujący swoje obowiązki nie powinien zastanawiać się, czy osoba stojąca przed nim jest liderem największej partii opozycyjnej, ministrem czy zwykłym obywatelem. Prawo musi być stosowane jednakowo wobec wszystkich.
Od lat Jarosław Kaczyński przedstawia się jako polityk szczególnie przywiązany do państwa, jego instytucji i służb mundurowych. Tym większy dysonans wywołują jego obecne wypowiedzi. Kiedy policja działa zgodnie z oczekiwaniami PiS, jest chwalona jako gwarant porządku. Gdy podejmuje decyzje niekorzystne dla polityków tej partii, nagle staje się „bojówką” wymagającą gruntownej przebudowy. Taka logika prowadzi do prostego wniosku: autorytet instytucji jest akceptowany tylko wtedy, gdy służy interesowi jednej formacji politycznej.
Demokracja wymaga czegoś dokładnie przeciwnego. Wymaga szacunku dla instytucji również wtedy, gdy ich decyzje są niewygodne. Policja nie jest od realizowania oczekiwań polityków, lecz od egzekwowania prawa i zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom życia publicznego. Właśnie dlatego próby jej publicznego dyskredytowania są tak niebezpieczne.
Spór polityczny będzie trwał jeszcze długo. To naturalny element demokracji. Nie wolno jednak doprowadzić do sytuacji, w której dla doraźnych korzyści wyborczych podważa się autorytet służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli. W tym sporze Marcin Kierwiński stanął po stronie państwa i jego funkcjonariuszy. Jarosław Kaczyński natomiast po raz kolejny wybrał język konfrontacji, który przynosi polityczne emocje, ale osłabia zaufanie do instytucji, bez których żadne demokratyczne państwo nie może sprawnie funkcjonować.










