Pamięć o rzezi wołyńskiej zasługuje na ciszę, powagę i szacunek. Dziesiątki tysięcy zamordowanych Polaków nie powinny być elementem politycznej gry ani paliwem dla kolejnej kampanii wyborczej. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że Prawo i Sprawiedliwość po raz kolejny traktuje tę bolesną kartę historii przede wszystkim jako wygodne narzędzie mobilizacji własnego elektoratu.
Nie chodzi o sam fakt przypominania o Wołyniu. Państwo ma obowiązek pielęgnować pamięć o swoich obywatelach i domagać się prawdy historycznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy tragedia sprzed ponad osiemdziesięciu lat pojawia się w politycznym kalendarzu głównie wtedy, gdy można na niej zyskać kilka punktów procentowych w sondażach.
Od lat można zauważyć powtarzający się mechanizm. Gdy zbliża się rocznica zbrodni wołyńskiej, politycy PiS wygłaszają mocne przemówienia, publikują emocjonalne wpisy i oskarżają swoich przeciwników o brak patriotyzmu lub rzekomą uległość wobec Ukrainy. Narracja jest prosta: tylko PiS ma odwagę mówić prawdę, pozostali zaś rzekomo chcą ją przemilczeć. Taki przekaz dobrze działa w mediach społecznościowych, ale niewiele wnosi do rzeczywistej debaty o pamięci historycznej.
Paradoks polega na tym, że historia Wołynia jest znacznie bardziej skomplikowana niż polityczne hasła. Domaga się badań naukowych, ekshumacji, dialogu z Ukrainą i konsekwentnej pracy dyplomatycznej. Nie wymaga natomiast licytacji na patriotyczne deklaracje. Pamięć narodowa nie powinna być konkursem na najostrzejsze przemówienie ani narzędziem do dzielenia Polaków na „prawdziwych patriotów” i resztę społeczeństwa.
Szczególnie wyraźnie widać to dziś, gdy wojna rosyjsko-ukraińska całkowicie zmieniła sytuację geopolityczną Europy. Można jednocześnie domagać się pełnej prawdy o zbrodniach UPA i wspierać Ukrainę w walce z rosyjską agresją. Te dwie postawy nie wykluczają się wzajemnie. Dojrzała polityka potrafi łączyć pamięć historyczną z odpowiedzialnością za bezpieczeństwo państwa. Cyniczna polityka próbuje natomiast przedstawiać je jako sprzeczność.
PiS często buduje przekaz, w którym każdy apel o ostrożność dyplomatyczną przedstawiany jest jako zdrada narodowej pamięci. To wygodna konstrukcja polityczna. Pozwala kreować emocje, wywoływać poczucie zagrożenia i wzmacniać przekonanie, że tylko jedna partia stoi na straży polskich interesów. Problem w tym, że historia nie powinna służyć budowaniu partyjnego monopolu na patriotyzm.
Jeszcze większe wątpliwości budzi wybiórczość tego zainteresowania. W ciągu roku temat Wołynia rzadko staje się przedmiotem spokojnej debaty o edukacji historycznej, ochronie miejsc pamięci czy wsparciu badań naukowych. Największe emocje pojawiają się natomiast wtedy, gdy polityczny kalendarz sprzyja ostrym sporom. Trudno nie dostrzec w tym elementu świadomej strategii komunikacyjnej.
Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie działania PiS w tej sprawie są nieszczere. W partii tej znajdują się politycy autentycznie zaangażowani w upamiętnienie ofiar. Problem polega jednak na tym, że przekaz całego ugrupowania zbyt często podporządkowany jest logice politycznej konfrontacji. W efekcie pamięć o ofiarach staje się kolejnym frontem partyjnej wojny.
Najbardziej niepokojące jest to, że w takim sporze łatwo zgubić ludzi, których ta historia dotyczy najbardziej. Rodziny ofiar oczekują przede wszystkim godnego upamiętnienia, odnalezienia miejsc pochówku i uczciwego nazwania zbrodni. Nie potrzebują kolejnych politycznych spektakli ani corocznych licytacji na patriotyczne emocje.
Historia Wołynia jest zbyt tragiczna, aby wykorzystywać ją jako narzędzie zdobywania głosów. Politycy mają prawo różnić się w ocenie metod prowadzenia polityki wobec Ukrainy, lecz nie powinni wykorzystywać pamięci o zamordowanych do budowania przewagi nad konkurentami. Jeżeli rocznica ludobójstwa staje się przede wszystkim okazją do mobilizacji własnego elektoratu, to pamięć historyczna przegrywa z politycznym marketingiem.
Szacunek dla ofiar wymaga czegoś więcej niż mocnych słów i efektownych konferencji prasowych. Wymaga konsekwencji, odpowiedzialności i umiejętności oddzielenia narodowej pamięci od partyjnego interesu. Dopóki tego zabraknie, każda kolejna rocznica będzie budzić pytanie, czy politycy rzeczywiście oddają hołd ofiarom, czy raczej prowadzą kolejną kampanię wyborczą przy ich grobach.










