Słowa w polityce mają znaczenie. Szczególnie wtedy, gdy wypowiada je były minister spraw wewnętrznych i administracji oraz obecny europoseł. Joachim Brudziński doskonale wie, że jego wypowiedzi nie są zwykłymi komentarzami w mediach społecznościowych. Nadają ton debacie publicznej, wpływają na emocje i wyznaczają standardy życia politycznego. Tym bardziej trudno przejść obojętnie obok słów, które padły po kolejnej miesięcznicy smoleńskiej.
Komentując zachowanie jednego z uczestników zajść, Brudziński powiedział: „Policja nie reaguje, policja tego knura chroni, zamiast zatrzymać, wylegitymować”. Chwilę później mówił o „dziczy kulturowej”, „menażerii” oraz „motłochu”, który – jego zdaniem – jest zachęcany przez premiera Donalda Tuska do podobnych zachowań.
Można ostro potępiać przemoc. Można domagać się wyjaśnienia działań policji. Można nawet zarzucać rządowi błędy w zabezpieczeniu zgromadzenia. Wszystko to mieści się w granicach demokratycznej debaty. Problem zaczyna się wtedy, gdy polityk świadomie zastępuje argumenty obelgami.
Nazwanie człowieka „knurem” nie jest językiem parlamentarzysty ani europejskiego polityka. Jest językiem ulicznej awantury. Trudno wymagać od obywateli szacunku wobec instytucji państwa, jeśli sami przedstawiciele najwyższych władz publicznych pokazują, że przeciwnika można po prostu odczłowieczyć obraźliwym epitetem.
Nie chodzi przy tym o obronę kogokolwiek, kto dopuścił się agresji. Jeżeli rzeczywiście doszło do naruszenia prawa, od oceny zachowania są policja, prokuratura i sąd. Państwo prawa działa właśnie dlatego, że nie zastępuje procedur emocjonalnymi wyrokami wygłaszanymi w telewizyjnym studiu. Europoseł powinien doskonale rozumieć tę różnicę.
Jeszcze bardziej niepokojące są sugestie kierowane pod adresem funkcjonariuszy. Brudziński stwierdził: „Ci dowódcy, którzy tego typu rozkaz wydali, będą musieli się rozliczyć”, a następnie ostrzegał policjantów, że „kiedyś trzeba będzie zdać z tego rachunek”. Jeżeli były minister posiada dowody na wydanie bezprawnych poleceń, powinien je przedstawić właściwym organom. Jeżeli natomiast takich dowodów nie ma, publiczne formułowanie tak daleko idących oskarżeń staje się elementem politycznej presji, a nie odpowiedzialnej debaty.
Szczególne zdziwienie budzi fakt, że podobne słowa padają z ust człowieka, który przez lata odpowiadał za resort spraw wewnętrznych. To właśnie były szef MSWiA powinien najlepiej wiedzieć, jak łatwo podważyć autorytet policji i jak trudno go później odbudować. Funkcjonariusze nie mogą być zakładnikami bieżącego sporu politycznego ani obiektem gróźb formułowanych z telewizyjnego studia.
Nie pierwszy raz można odnieść wrażenie, że część polityków Prawa i Sprawiedliwości świadomie podnosi temperaturę sporu. Zamiast uspokajać emocje, dolewa oliwy do ognia. Zamiast wyjaśniać fakty, tworzy atmosferę permanentnego oblężenia. Taka strategia może przynosić krótkoterminowe korzyści polityczne, ale w dłuższej perspektywie niszczy kulturę debaty publicznej.
Nie bez znaczenia jest również sposób, w jaki Brudziński opisał swoich przeciwników. Mówił o „motłochu”, „dziczy kulturowej” oraz przywołał słowa Jana Rokity, że Donald Tusk ma być politykiem, który „wyciąga najgorsze instynkty ludzkie i nadaje tym instynktom cechy pozytywne”. Takie uogólnienia nie służą wyjaśnieniu konkretnego incydentu. Służą budowaniu obrazu przeciwnika jako grupy ludzi niegodnych szacunku. To retoryka, która pogłębia podziały i utrudnia jakąkolwiek rzeczową rozmowę.
Politycy mają prawo mówić językiem emocji. Nie mają jednak prawa zapominać, że ich słowa kształtują standardy życia publicznego. Im wyższy urząd i większy autorytet, tym większa odpowiedzialność za każde wypowiedziane zdanie. Od europosła można oczekiwać więcej niż od anonimowego użytkownika internetu.
Polska polityka już od dawna cierpi na deficyt wzajemnego szacunku. Kolejne obraźliwe epitety nie rozwiązują żadnego problemu. Przeciwnie – sprawiają, że agresja staje się normą, a brutalny język zastępuje argumenty. Joachim Brudziński miał pełne prawo skrytykować zachowanie prowokatorów i domagać się wyjaśnienia działań policji. Nie miał jednak żadnego powodu, by robić to słowami, które bardziej pasują do internetowej awantury niż do wypowiedzi byłego ministra i europosła Rzeczypospolitej.










