Partie polityczne najczęściej jednoczą się wtedy, gdy znajdują się w opozycji. Wspólny przeciwnik pomaga zagłuszyć wewnętrzne konflikty, a publiczne spory odkłada się na później. Prawo i Sprawiedliwość najwyraźniej przestaje jednak przestrzegać tej zasady. Coraz więcej sygnałów wskazuje na to, że w ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego rozpoczęło się polityczne rozliczanie Mateusza Morawieckiego. Co znamienne, piszą o tym już nawet media od lat postrzegane jako życzliwe PiS.
Szczególną uwagę zwraca publikacja tygodnika „Do Rzeczy”, który opisał kulisy obserwowania działalności byłego premiera. Jeżeli informacje te są prawdziwe, trudno nie odnieść wrażenia, że w PiS narasta atmosfera wzajemnej podejrzliwości.
Według tygodnika „działalność STROP (Stowarzyszenie Rozwój Plus) Mateusza Morawieckiego jest śledzona bardzo uważnie”. To jednak dopiero początek. Autorzy twierdzą, że „powołany został tajny, nieformalny, wąski zespół, który zbiera wypowiedzi medialne Ojca Mateusza, jego odzywki z mityngów publicznych, a nawet to, co mówi w prywatnych rozmowach”. Trudno o bardziej wymowny opis wewnętrznych napięć.
Najbardziej symbolicznie brzmi jednak kolejne zdanie: „W ten sposób powstaje biała… tfu, chcieliśmy powiedzieć: czarna księga Morawieckiego.” Trudno uznać taki opis za przypadkowy żart. To polityczna metafora pokazująca, że były premier przestaje być postrzegany jako jeden z liderów obozu, a coraz częściej jako potencjalny problem.
Jeszcze kilka lat temu Mateusz Morawiecki był przedstawiany jako polityk, który miał otworzyć PiS na bardziej umiarkowany elektorat. Był twarzą gospodarczej części programu, premierem odpowiedzialnym za prowadzenie rządu w czasie pandemii i wojny za wschodnią granicą. Dziś coraz częściej mówi się o nim nie jako o przyszłości partii, lecz jako o rywalu w walce o wpływy.
Jeżeli rzeczywiście – jak twierdzi „Do Rzeczy” – zespołem mającym monitorować aktywność Morawieckiego kieruje Elżbieta Witek, oznaczałoby to, że sprawa nie jest wyłącznie efektem partyjnych plotek. Oczywiście opis tygodnika należy traktować jako doniesienia medialne, których uczestnicy życia politycznego nie potwierdzili publicznie. Sam fakt, że takie informacje pojawiają się właśnie na łamach pisma kojarzonego z prawicą, jest jednak politycznie znaczący.
W polityce przecieki rzadko bywają przypadkowe. Zwykle służą testowaniu nastrojów, osłabianiu konkurentów albo przygotowywaniu gruntu pod przyszłe decyzje. Jeżeli więc media bliskie prawicy zaczynają pisać o „czarnej księdze Morawieckiego”, oznacza to, że konflikt przestał być tajemnicą wewnętrznych gabinetów.
Nie byłby to zresztą pierwszy przypadek, gdy PiS rozpoczyna wewnętrzne rozliczenia. Historia tej partii pokazuje, że politycy, którzy zyskiwali zbyt silną pozycję lub zaczynali budować własne zaplecze, prędzej czy później wchodzili w konflikt z kierownictwem ugrupowania. Mechanizm pozostaje ten sam – najpierw pojawiają się przecieki, później krytyczne komentarze, a na końcu polityczna marginalizacja.
Morawiecki wydaje się dziś szczególnie niewygodny. Nadal cieszy się rozpoznawalnością, ma doświadczenie międzynarodowe i własne środowisko polityczne skupione wokół Stowarzyszenia Rozwój Plus. To wystarczy, by w partii o silnie scentralizowanej strukturze zacząć zadawać pytania o przyszły układ sił.
Paradoks polega na tym, że jeszcze niedawno PiS przekonywało opinię publiczną o swojej jedności. Dziś coraz częściej słychać o rywalizacji frakcji, wzajemnym monitorowaniu i budowaniu politycznych akt przeciwko własnym działaczom. Jeżeli doniesienia „Do Rzeczy” oddają rzeczywisty obraz sytuacji, trudno mówić o partii spokojnie przygotowującej się do odzyskania władzy. Bardziej przypomina ona organizację zajętą rozwiązywaniem własnych sporów.
Polityka zawsze była grą ambicji, ale skuteczne ugrupowania potrafią utrzymywać wewnętrzne konflikty pod kontrolą. Gdy jednak informacje o tajnych zespołach i „czarnych księgach” trafiają do mediów, oznacza to, że walka wyszła poza partyjne gabinety. A wtedy przeciwnicy polityczni nie muszą już atakować. Wystarczy, że będą uważnie obserwować, jak PiS coraz bardziej zajmuje się samym sobą.










