Przemysław Czarnek od lat buduje swój polityczny wizerunek na ostrych deklaracjach i mocnych hasłach. Tym razem postanowił pójść o krok dalej.
W rozmowie na antenie Telewizji wPolsce24 stwierdził: „Ukraina nie odbuduje się i nie będzie państwem niepodległym, jeśli Polska położona strategicznie na to nie pozwoli. My na to pozwolimy pod jednym warunkiem, że nasze interesy będą respektowane przez Ukraińców”. To zdanie nie jest wyłącznie kolejną prowokacją medialną. To przykład niebezpiecznego myślenia o polityce zagranicznej, w którym doraźny interes partyjny zaczyna przesłaniać polską rację stanu.
Oczywiście Polska ma prawo, a nawet obowiązek, twardo zabiegać o własne interesy. Dotyczy to również relacji z Ukrainą. Sprawa ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej, kwestie gospodarcze czy prawa polskich przewoźników wymagają stanowczości. Ale czym innym jest twarda dyplomacja, a czym innym sugerowanie, że los niepodległego państwa powinien zostać uzależniony od politycznej zgody Warszawy.
To właśnie taki sposób myślenia budzi największy sprzeciw. Czarnek nie mówi o negocjacjach, kompromisie czy budowaniu wspólnego bezpieczeństwa. Mówi językiem politycznego szantażu. W świecie, w którym Ukraina od ponad czterech lat odpiera rosyjską agresję, takie słowa brzmią wyjątkowo niefortunnie. Trudno nie odnieść wrażenia, że zostały obliczone przede wszystkim na wywołanie emocji w krajowej polityce.
Jeszcze bardziej zastanawiające jest porównanie do polityki Stanów Zjednoczonych. Czarnek stwierdził: „Tak, jak to robią Stany Zjednoczone z Zełenskim. Widzieliście państwo (…), kiedy wyskoczył Zełenski z Gabinetu Owalnego z podkulonym ogonem”. Takie sformułowania niewiele mają wspólnego z odpowiedzialną analizą stosunków międzynarodowych. Są raczej próbą pokazania, że upokorzenie partnera jest skuteczną metodą prowadzenia polityki.
Paradoks polega na tym, że sam Czarnek przyznaje, iż niepodległa Ukraina leży w interesie Polski. Mówi przecież: „My chcemy Ukrainy niepodległej, bo jest ona nam konieczna jako niepodległa strefa buforowa przed Rosją”. Trudno nie zgodzić się z tą oceną. Od początku rosyjskiej agresji większość ekspertów od bezpieczeństwa podkreśla, że istnienie suwerennej Ukrainy wzmacnia bezpieczeństwo Polski i całej wschodniej flanki NATO. Tym bardziej niezrozumiałe jest budowanie narracji, która może sprawiać wrażenie, że Warszawa mogłaby wykorzystywać dramatyczną sytuację swojego sąsiada jako instrument politycznego nacisku.
Niepokoi również sposób prowadzenia krajowego sporu. Czarnek nazwał decyzję o przekazaniu pocisków do systemów Patriot „absolutnie skandaliczną”, zarzucając rządowi „uległość” wobec Ukrainy. Tymczasem kwestie bezpieczeństwa państwa należą do tych obszarów, w których politycy powinni ważyć słowa szczególnie ostrożnie. Można spierać się o zakres pomocy wojskowej, jej skalę czy sposób podejmowania decyzji. Nie warto jednak sprowadzać tak złożonych zagadnień do prostych oskarżeń o zdradę interesów narodowych.
To właśnie jest największy problem współczesnej polskiej polityki. Zamiast rzeczowej dyskusji o kosztach, korzyściach i długofalowej strategii słyszymy coraz ostrzejsze hasła. Każda decyzja zostaje natychmiast przedstawiona jako dowód patriotyzmu albo jego braku. Takie uproszczenia dobrze funkcjonują w kampanii wyborczej, ale fatalnie sprawdzają się w dyplomacji.
Nie można również zapominać, że każde publiczne wystąpienie wysokiego rangą polityka jest uważnie obserwowane poza granicami Polski. Słowa Czarnka usłyszą nie tylko jego wyborcy, lecz także ukraińscy partnerzy, rosyjska propaganda i zachodni sojusznicy. W polityce zagranicznej retoryka ma znaczenie. Nieostrożne deklaracje mogą osłabiać zaufanie, które buduje się latami.
Polska potrzebuje dziś spokojnej, przewidywalnej i odpowiedzialnej polityki wobec Ukrainy. Powinna stanowczo domagać się poszanowania własnych interesów, ale jednocześnie pamiętać, że bezpieczeństwo obu państw pozostaje ze sobą ściśle związane. Nie jest oznaką słabości prowadzenie trudnych negocjacji bez uciekania się do retoryki ultimatum.
Przemysław Czarnek po raz kolejny pokazał, że zdecydowanie lepiej czuje się w roli politycznego trybuna niż odpowiedzialnego męża stanu. Problem w tym, że wyborcze hasła łatwo wypowiedzieć przed kamerami. Znacznie trudniej później odbudować zaufanie, które takie słowa mogą podważyć. W sprawach bezpieczeństwa państwa i polityki zagranicznej więcej odpowiedzialności znaczy więcej siły. Mniej emocji również.










