Są w polityce momenty, gdy zmiana stanowiska wynika z nowych faktów. Są jednak i takie, gdy jest wyłącznie próbą dostosowania się do sondaży. W przypadku Prawa i Sprawiedliwości coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że właśnie z tym drugim mamy dziś do czynienia.
Partia, która jeszcze niedawno przedstawiała się jako najwierniejszy sojusznik Ukrainy, dziś ściga się z najbardziej radykalnymi środowiskami w antyukraińskiej retoryce. Władysław Kosiniak-Kamysz nie owija w bawełnę, nazywając tę metamorfozę „festiwalem obłudy i hipokryzji”. Trudno o trafniejszą diagnozę.
Jeszcze dwa czy trzy lata temu politycy PiS prześcigali się w deklaracjach solidarności z walczącą Ukrainą. Organizowali transporty pomocy, uczestniczyli w międzynarodowych spotkaniach, eksponowali ukraińskie flagi i przekonywali, że wsparcie dla Kijowa jest polską racją stanu. Dziś wielu z tych samych polityków mówi językiem, który jeszcze niedawno uznaliby za skrajny. To nie ewolucja poglądów. To polityczny oportunizm.
Kosiniak-Kamysz przypomniał rzecz oczywistą, ale najwyraźniej niewygodną dla PiS. „To oni krzyczeli ’Sława Ukrainie’ od rana do wieczora. To oni pierwsi jeździli i udzielali pomocy. Tej pomocy będę bronił” – powiedział minister obrony. Trudno z tym polemizować. To przecież rząd PiS podejmował decyzje o szerokim wsparciu wojskowym i politycznym dla Ukrainy po rosyjskiej agresji. Nikt ich do tego nie zmuszał. Dziś jednak ci sami politycy próbują przekonać opinię publiczną, że niemal od początku byli sceptyczni. Problem polega na tym, że internet pamięta, nagrania pozostają dostępne, a wyborcy nie mają aż tak krótkiej pamięci, jak życzyliby sobie autorzy tej politycznej wolty.
Jeszcze mocniejsze były słowa szefa MON, gdy stwierdził, że PiS „przyjęli dowództwo Grzegorza Brauna nad całą opozycją i się z nim ścigają. Dzisiaj PiS ma twarz pana Brauna”. To niezwykle ostra ocena, ale trudno nie zauważyć, że część polityków prawicy coraz częściej przejmuje język i emocje środowisk budujących kapitał polityczny na niechęci wobec Ukraińców. Zamiast odpowiedzialnej debaty o interesach Polski mamy licytację na radykalizm.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że taka retoryka nie pozostaje bez konsekwencji. Kosiniak-Kamysz ostrzegł, że skutkiem politycznego podgrzewania emocji może być wzrost agresji wobec obywateli Ukrainy mieszkających w Polsce. „Czy myślicie, że ludzie tego nie wiedzą? Nie pamiętają? (…) Jak wszędzie wywieszaliście ukraińskie flagi? Dzisiaj dzieci będą atakowane, bo tak szczujecie” – powiedział, zwracając się do polityków PiS, Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej.
To nie jest oskarżenie rzucane na wyrost. Historia wielokrotnie pokazywała, że odpowiedzialność za słowo w polityce ma ogromne znaczenie. Gdy liderzy świadomie budują atmosferę niechęci wobec określonej grupy, prędzej czy później znajdą się ludzie gotowi przełożyć słowa na czyny. Dlatego rolą odpowiedzialnych polityków powinno być studzenie emocji, a nie ich podsycanie.
Nieprzypadkowo Kosiniak-Kamysz odwołał się również do doświadczeń historycznych. Przypomniał, że podobne mechanizmy Polska znała już przed II wojną światową. „To było już w Polsce przed II wojną światową. Jak to się skończyło dla Polski? Skończyło się tragicznie” – powiedział. Można dyskutować nad skalą tego porównania, ale sama przestroga pozostaje aktualna. Polityka oparta na strachu i wskazywaniu kolejnych wrogów rzadko prowadzi do czegokolwiek dobrego.
PiS znalazł się dziś we własnej pułapce. Przez lata budował swój wizerunek jako partii odpowiedzialnej za bezpieczeństwo państwa i konsekwentnie wspierającej Ukrainę w walce z rosyjską agresją. Dzisiaj próbuje odciąć się od własnych decyzji, licząc na doraźne korzyści wyborcze. To strategia krótkowzroczna i niebezpieczna. Państwo nie może prowadzić polityki zagranicznej według rytmu sondaży.
Kosiniak-Kamysz zapowiedział jednocześnie, że „będziemy się domagać prawdy o Ukrainie”. I właśnie na tym polega różnica między odpowiedzialnością a populizmem. Można domagać się rozliczenia trudnych spraw historycznych, bronić polskich interesów i prowadzić twarde negocjacje z Kijowem, nie uciekając się do kampanii nienawiści. Tego od klasy politycznej oczekują obywatele.
Polska potrzebuje dziś spokojnej, przewidywalnej i odpowiedzialnej polityki bezpieczeństwa. Nie kolejnych zwrotów akcji dyktowanych kalkulacją wyborczą. Hipokryzja może przynieść kilka punktów procentowych w sondażach. Nigdy jednak nie zastąpi wiarygodności.











