Przemysław Czarnek od dawna buduje swój polityczny wizerunek na mocnych słowach i ostrych deklaracjach. Problem w tym, że granica między bezkompromisowością a polityczną nieodpowiedzialnością jest cienka. Tym razem były minister edukacji najwyraźniej ją przekroczył. Tak bardzo, że publicznie musiał go skorygować sam Jarosław Kaczyński – polityk, który przez lata tolerował w swojej partii wypowiedzi znacznie bardziej kontrowersyjne.
To wydarzenie mówi więcej o kondycji Prawa i Sprawiedliwości niż niejeden sondaż. Jeśli prezes PiS uznaje za konieczne natychmiastowe odcięcie się od słów jednego ze swoich najbardziej rozpoznawalnych polityków, oznacza to, że stawką jest wiarygodność całego ugrupowania.
Czarnek na antenie TV Republika zaapelował o radykalną zmianę polityki wobec Ukrainy. Stwierdził, że należy „zmusić Unię Europejską (…) do tego, żeby zaprzestać na ten moment finansowania w jakikolwiek sposób zbrojeń na Ukrainie i odbudowy Ukrainy, dopóki Ukraina nie wejdzie na ścieżkę wartości proludzkich”. Jednocześnie przekonywał, że Polska powinna wykorzystywać swoją pozycję w Unii Europejskiej i NATO do wywierania presji na Kijów także w sprawach historycznych.
Takie słowa nie są zwykłą prowokacją medialną. Dotykają fundamentów polskiej polityki bezpieczeństwa. Od początku rosyjskiej agresji kolejne polskie rządy – niezależnie od partyjnych różnic – uznawały, że wspieranie Ukrainy jest elementem obrony własnego państwa. Rosyjskie zwycięstwo oznaczałoby przecież przesunięcie zagrożenia bezpośrednio pod polską granicę.
Najwyraźniej tę oczywistą zależność dostrzegł również Jarosław Kaczyński. Reakcja prezesa PiS była szybka i jednoznaczna. Napisał: „Prawo i Sprawiedliwość stoi i zawsze stało na stanowisku, iż pomoc militarna, realizowana także przez UE na rzecz Ukrainy, jest bezwzględnie potrzebna. To kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa.”
To nie była kurtuazyjna uwaga ani próba złagodzenia sporu. To było publiczne sprostowanie własnego polityka. Co więcej, Kaczyński dodał, że „sprawa wypowiedzi pana Przemysława Czarnka zostanie wyjaśniona przez kierownictwo partii”. W języku partyjnej polityki takie zdanie oznacza jedno: przekroczyłeś granicę.
To szczególnie znamienne, bo Czarnek przez lata uchodził za jednego z najbardziej lojalnych i ideowo wyrazistych polityków PiS. Był ministrem edukacji, jednym z najczęściej wysyłanych do mediów obrońców partyjnej linii, a dla części prawicowego elektoratu wręcz symbolem bezkompromisowości. Skoro nawet jego musiał publicznie korygować prezes partii, oznacza to, że wypowiedź została uznana za poważny problem.
Nie chodzi przy tym wyłącznie o relacje z Ukrainą. Polska od lat przekonuje zachodnich partnerów, że bezpieczeństwo Europy zależy od utrzymania zdolności obronnych Ukrainy. Gdy jeden z czołowych polityków największej partii opozycyjnej nawołuje do wstrzymania finansowania uzbrojenia walczącego państwa, wysyła sygnał nie tylko do Kijowa, lecz także do Moskwy i europejskich sojuszników. Tego rodzaju deklaracje mogą być wykorzystywane jako dowód na rzekome pękanie zachodniej solidarności.
Oczywiście Polska ma prawo domagać się rozwiązania trudnych kwestii historycznych, w tym pełnego wyjaśnienia zbrodni wołyńskiej i godnego upamiętnienia jej ofiar. Nie ma jednak sprzeczności między prowadzeniem twardego dialogu historycznego a wspieraniem państwa, które od ponad czterech lat odpiera rosyjską agresję. Łączenie obu spraw w sposób zaproponowany przez Czarnka jest politycznie ryzykowne i strategicznie krótkowzroczne.
Cała sytuacja pokazuje również głębszy problem Prawa i Sprawiedliwości. Coraz częściej poszczególni politycy próbują prześcigać się w radykalizmie, licząc na uwagę mediów i poparcie najbardziej emocjonalnej części elektoratu. Efektem są wypowiedzi, które później trzeba prostować lub tłumaczyć.
Paradoks polega na tym, że najostrzejszą krytykę Czarnka sformułował nie Donald Tusk ani politycy koalicji rządzącej, lecz Jarosław Kaczyński. To właśnie prezes PiS przypomniał, że pomoc wojskowa dla Ukrainy pozostaje – jak sam napisał – „kluczową sprawą z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa”. Trudno o bardziej wymowny dowód, że tym razem Przemysław Czarnek znalazł się nawet poza linią wyznaczoną przez własne ugrupowanie.










