Prawo i Sprawiedliwość od lat przekonuje, że w sprawach bezpieczeństwa państwa mówi jednym głosem. Wizerunek partii odpowiedzialnej, przewidywalnej i konsekwentnej miał być jednym z jej największych atutów.
Ostatnie dni pokazały jednak coś zupełnie odwrotnego. Wystarczyło kilka zdań Przemysława Czarnka, aby cała ta starannie budowana narracja rozsypała się jak domek z kart. Jeszcze bardziej kompromitująca okazała się reakcja Jarosława Kaczyńskiego, który najpierw publicznie odciął się od swojego polityka, a chwilę później pozwolił mu przekonywać, że… żadnego konfliktu nie było.
To nie jest już zwykła różnica zdań. To obraz partii, która sama nie wie, jakie stanowisko zajmuje w jednej z najważniejszych kwestii dotyczących bezpieczeństwa Polski.
Burzę wywołały słowa Przemysława Czarnka, który na antenie TV Republika stwierdził, że Polska powinna wykorzystać swoją pozycję w Unii Europejskiej i NATO, aby wywrzeć presję na Ukrainę. Poszedł jednak znacznie dalej. Oświadczył, że należy „zmusić Unię Europejską, również naszą pozycją w Unii Europejskiej, do tego, żeby zaprzestać na ten moment finansowania w jakikolwiek sposób zbrojeń na Ukrainie i odbudowy Ukrainy, dopóki Ukraina nie wejdzie na ścieżkę wartości proludzkich”.
To była wypowiedź wyjątkowo daleko idąca. Niezależnie od sporów dotyczących relacji polsko-ukraińskich, wezwanie do wstrzymania finansowania uzbrojenia walczącej Ukrainy oznaczałoby osłabienie państwa, które od ponad czterech lat odpiera rosyjską agresję. Trudno się dziwić, że słowa te wywołały natychmiastowe reakcje.
Najbardziej zaskoczył jednak Jarosław Kaczyński. Zamiast bronić swojego polityka lub próbować tłumaczyć jego intencje, publicznie odciął się od jego wypowiedzi. Prezes PiS napisał: „Prawo i Sprawiedliwość stoi i zawsze stało na stanowisku, iż pomoc militarna, realizowana także przez UE na rzecz Ukrainy, jest bezwzględnie potrzebna. To kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa. Sprawa wypowiedzi pana Przemysława Czarnka zostanie wyjaśniona przez kierownictwo partii”.
To był jednoznaczny sygnał, że lider PiS uznał słowa swojego kandydata na premiera za problem wymagający interwencji. Gdyby wypowiedź Czarnka była zgodna z linią partii, podobne oświadczenie nie miałoby żadnego sensu.
Kilka dni później nastąpił jednak kolejny zwrot. Przemysław Czarnek zapewnił w rozmowie z „Super Expressem”: „Między mną a prezesem Jarosławem Kaczyńskim nie ma i nie było żadnej różnicy zdań”. Dodał również, że „polską racją stanu jest, by Rosja nie wygrała wojny z Ukrainą i tak samo, by Ukraina respektowała nasze interesy, a nade wszystko aby wyzbyła się kultu ludobójczego banderyzmu”.
Problem polega na tym, że obu tych przekazów nie da się łatwo pogodzić. Jeżeli nie było żadnego konfliktu, dlaczego Jarosław Kaczyński publicznie prostował wypowiedź Czarnka i zapowiadał jej wyjaśnienie przez kierownictwo partii? Jeżeli zaś konflikt rzeczywiście istniał, dlaczego dziś próbuje się przekonywać opinię publiczną, że nic takiego się nie wydarzyło?
To właśnie ten chaos najbardziej uderza w wiarygodność PiS. Partia aspirująca do ponownego objęcia władzy powinna mówić jasno i konsekwentnie o kwestiach bezpieczeństwa. Tymczasem wyborcy otrzymali serię wzajemnie wykluczających się komunikatów.
Odpowiedzialność za tę sytuację ponosi przede wszystkim Przemysław Czarnek. Polityk, który został przedstawiony jako kandydat PiS na premiera, powinien ważyć każde słowo, zwłaszcza gdy wypowiada się na temat wojny toczącej się tuż za polską granicą. Tymczasem jego wystąpienie wywołało zamieszanie nie tylko w kraju, ale również we własnym obozie politycznym.
Nie mniejsza odpowiedzialność spoczywa jednak na Jarosławie Kaczyńskim. To on od lat kreuje się na polityka gwarantującego dyscyplinę i spójność przekazu. Skoro jednak kandydat jego partii na premiera wygłasza stanowisko wymagające publicznego sprostowania przez prezesa, oznacza to, że mechanizmy kierowania ugrupowaniem przestają działać.
PiS od dawna budowało swój wizerunek jako partii państwowej, odpowiedzialnej i przewidywalnej. Ostatnie wydarzenia pokazują jednak ugrupowanie pogrążone w wewnętrznym chaosie, którego liderzy nie potrafią uzgodnić nawet stanowiska w fundamentalnej kwestii bezpieczeństwa międzynarodowego.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś jeszcze. W czasach wojny za wschodnią granicą Polska potrzebuje odpowiedzialnej debaty o własnym bezpieczeństwie. Tymczasem czołowi politycy PiS fundują opinii publicznej spektakl pełen sprzecznych komunikatów, wzajemnych korekt i prób zacierania wcześniejszych deklaracji. To nie jest obraz ugrupowania gotowego do przejęcia odpowiedzialności za państwo. To obraz partii, która coraz częściej przegrywa z własnym chaosem, a jej liderzy zamiast budować zaufanie, sami podważają własną wiarygodność.










